Budynek, gdzie mieści się Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego, to miejsce tak ciekawe, że aż warte opisania. Nie ma tam ściany bez wywieszki z nakazem/zakazem/rozkazem. Nie ma stolika bez komputera. Nie ma komputera bez przyklejonego do niego informatyka. Nie, nie jest to tajemne miejsce spotkań anonimowych komputerowców. Mieści się w tym budynku jeszcze Instytut Informatyki. A budynek wygląda jak UFO.
Porównanie do UFO jest uzasadnione, gdyż... Widzieliście kiedyś informatyka? To macie odpowiedź. Ale nie miałem pisać o ludziach, którzy ubierają swetry w lato.
Miałem napisać coś o nakazach i zakazach, których w tym budynku jest niepokojąco dużo. Stoisz przed UFO i widzisz dwa wielkie szyldy "ZAKAZ PALENIA" i kilka pomniejszych wyjaśniających, że nie wolno palić tytoniu w odległości mniejszej niż dwadzieścia metrów. Genialny architekt tego nielota zaplanował, że nawiewy klimatyzacji nie będą na dachu, z tyłu budynku, od strony rzeki, ale przy głównym wejściu! Równie dobrze mógł je umieścić w garażu. Osobiście wolę spaliny od dymu tytoniowego.
Palacze, jak to palacze, mają w dupie takie zakazy. Palą w odległości każdej, która jest mniejsza od określonej na tabliczce. Powód jest prosty - miejsce wyznaczone dwadzieścia metrów od głównego wejścia to zbocze budynku z trawą i kikutami przypominającymi drzewa. Zapalisz w pobliżu wentylatorów - portier zwyzywa cię od zabójców. Zapalisz na trawiastym zboczu - zabije cię Green Peace.
Jeszcze nie wejdziesz do budynku, a drzwi informują cię, że w środku też nie możesz palić, nie możesz jeździć na rowerze, nie możesz handlować obnośnie, nie możesz sikać w nie wyznaczonych do tego miejscach, a obiekt jest monitorowany. Drugie drzwi informują już tylko, że trzeba "ciągnąć".
"Nie wolno brać gaśnicy bez wyraźnego powodu", "młotek służy tylko do zbijania szybki z alarmem", "nie wolno palić", "nie wolno palić w windzie", "nie wolno hałasować" (...) "wolno brać wdech tylko raz na trzydzieści sekund". Chodziłem i podziwiałem dzieło podyktowane strachem projektantów, architektów i zarządców budynku o losy tego idealnego tworu, który najprawdopodobniej jest na liście obiektów chronionych UNESCO.
Trafiłem na drugie piętro, gdzie mieszczą się gabinety wszystkich wyżej wykształconych. Po stronie dziennikarzy nie wolno palić, nie wolno palić na tarasie, nie wolno korzystać z prysznica. To po jaką cholerę go zrobiono? Ach, tak, eksponat... Po stronie użytkowników html-a te same nudy, ale wzbogacone o zakaz przy czterech bardzo wygodnych i kuszących fotelach umiejscowionych przy ładnym widoku na brzydką Odrę. "Miejsce do spoczynku tylko dla pracowników Instytutu Informatyki i gości Instytutu. Studenci dziennikarstwa i inni obcy muszą posiadać zgodę (więcej informacji w sekretariacie)". Żeby sobie usiąść na fotelu na drugim piętrze trzeba zapieprzać na parter, aby dostać zgodę. Genialne!
A na dodatek wszędzie są kamery. I informatycy.
Prawie straciłem ostatni procent wiary w ludzi na co dzień tu przebywających, gdy zobaczyłem ogłoszenie ordynarnie przyklejone taśmą na drzwiach, notabene bez klamki. Pewien profesor z dziennikarstwa ratując honor budynku zorganizował konkurs. Zadanie polegało na tym, aby policzyć wszystkie nakazy i zakazy. A jeżeli się trafiło, to się dostanie książkę. Gdyby nagrodą była wielka księga króliczków Playboy’a, to pewnie bym policzył, ale, na Trąby Jeryhońskie, "Medioznawstwo. Teksty, instytucje i odbiorcy"?! Postanowiłem zażartować. Napisałem swoje imię, nazwisko, e-mail, zgodziłem się na przetwarzanie danych osobowych i w miejscu przeznaczonym na odpowiedź wstawiłem "miliard". Tydzień później dostałem książkę.


Komentarze
Pokaż komentarze