Owanuta Owanuta
178
BLOG

PALIKOT, KATARYNA I TRZY KARTY

Owanuta Owanuta Polityka Obserwuj notkę 16

 

 

Kiedyś, za czasów świetności Bazaru Różyckiego, jeszcze jako bardzo młody człowiek, przyglądałem się dziarsko toczącej się grze w trzy karty. Ze zdumieniem patrzyłem na kolejne ofiary, jak zostawiają czasem nawet bardzo poważne kwoty, na składanym stoliczku cwaniaka. Niektórzy z przegranych próbowali siłą odzyskać stratę, inni krzyczeli milicja!, lub płakali, chaotycznie tłumacząc, że nie mogą, po prostu nie mogą utracić tych pieniedzy, bo były przeznaczone na coś zupełnie innego niż hazard, albo należą do kogoś innego... Wszyscy byli mniej lub bardziej brutalnie odpędzani i znikali nieszczęśliwi w gęsto kotłującym się tłumie.

 

Pozbawiony nawet cienia własej słabości do hazardu, byłem jednak zafascynowany zjawiskiem, jakże egzotycznym i  zupełnie odmiennym od tego co było codziennością młodego obywatela PRL-u. Kierowany raczej strachem, niż zamiarem szukania dystansu sprzyjącego lepszej obserwacji, z pewnej odległości przyglądałem się zgrabnemu procederowi oskubywania frajerów. A było czemu!

 

Po pierwsze zauważyłem, że całość jest zorganizowana i zaaranżowana w taki sposób by rozdający karty wydawał się niegroźny. Temu służyły jego wygląd, pozorna samotność w tłumie, jego błaznowanie, roześmiana twarz, rymowanki i rechotliwe grepsy prowokujące niezdecydowanych do gry. A nie był sam. Miał bardzo solidną obstawę. Co mnie zdumiało w najwyższym stopniu, to to że ci co do niej należeli, byli tak liczni, i że nie stali w jednym miejscu, ale przechadzali się w pobliżu, bardzo skutecznie udając przypadkowych przechodniów. To oni “znikali” pokrzywdzonych z najbliższego otoczenia stolika do gry, aby ci swoimi protestami nie zakłócali interesu. Ich obecność, raz odkryta, była dla mnie tak wyraźna jakby nosili mundury. Pełen podziwu dla stopnia komplikacji tej niby prymitywnej grandy, obserwowałem dalej. Banalna gra, o drobne sumy, z prostymi regułami - zgadnij, która z trzech kart to Dama, a wygrywasz dwa razy tyle co postawiłeś. Raz ktoś wygra, raz ktoś przegra... widowisko. Kiedy jednak pojawiał się potencjalnie poważny klient, taki z grubszą gotówką, podchmielony, przyjezdny z poza Warszawy, frajer, następowała mobilizacja obstawy, a do stolika zbliżał się jeden z kilku facetów, którzy na zmianę odgrywali rolę “sprytnego szczęściarza”. Wytypowany przez nich “jeleń” stał z boku, przyglądając się grze. Dla niego, szajka odgrywała całe skomplikowane przedstawienie.

 

“Sprytny szczęściaż” stawiał kilka razy, początkowo ostrożnie, potem coraz śmielej, bo traf chciał, że fortuna sprzyjeła mu tego dnia. Czasem przegrywał drobne rundy, żeby tylko odbić to sobie z nawiązką w następnych. Konieczność wypłacania coraz większych wygranych “szczęściarzowi” coraz bardziej irytowała karciarza, aż w pewnym momencie najwyraźniej nie chcąc już dalej do farciarza przegrywać, uciekał się do chwytu proceduralnego i w zgodzie z nagle i po raz pierwszy na głos wyjawianymi zasadami gry, podwajał stawkę, w nadziei, że ten nie mając dostatecznej gotówki przy sobie, jak niepyszny wycofa się z gry. To zawsze wywoływało oburzenie tłumu. Tu, na ich oczach, ich bohater-farciarz, był nieczysto eliminowany z gry, przez cwanego karciarza i to w dodatku wtedy kiedy już, już miał wygrać te prawdziwie duże pieniądze. “Szczęściaż” odchodził pomstując, a zamierzona ofiara obserwowała gorliwie i kalkulowała. Jeśli w tym momencie sam jeszcze nie odważył się przystąpić do gry, to z reguły nie miał siły odejść i stał dalej przy stoliku puszczając wodze chciwej fantazji. 

Po jakimś czasie nasz “szczęściaż” powracał, już z odległości odgrażając się karcianemu “bakierowi”, że tym razem ma znacznie więcej gotówki i że mu teraz pokaże.

 

Gra rozpoczynała się na nowo i poprzez wzloty i upadki swojej, dobrej tego dnia, fortuny, nasz bohaterski farciarz, podprowadzał swoją zamierzoną ofiarę na wyżyny chciwej fantazji. Kiedy stawka była już naprawdę wysoka, wredny “bankier” znów uciekał się do kruczka i podwajał stawkę. Sfrustrowany farciarz, choć w tej rundzie znacznie zasobniejszy, znów miał za mało, aby sprostać wyzwaniu cwaniaka. I znów miał być na oczach gawiedzi odsunięty od gry kiedy już, już miał wygrać. Nie tym razem jednak! Kiedy pewny swego “bankier” na chwilę spuszczał oko ze stolika, zdesperowany “szczęściarz” szybciuchnym ruchem uchylał, na oczach tłumu, jedną z trzech leżących na stole kart. Teraz już  wiedział na bank, która z nich to Dama. Tym głośniej więc domagał się od bankiera zgody na pozostanie w grze. Bezskutecznie. Pewny swego bankier, wszem i wobec, zwracając się bardziej do tłumu niż do niego, domagał się dorównania jego własnej stawce, albo wynocha. Wtedy nasz bohater zwracał się niespodziewanie do zamierzonej ofiary z prośbą o pomoc. Ten, wiedząc z cała pewnością, że szczęściarz wie, która z karta wygrywa - przecież widział na własne oczy kiedy je podglądał, z reguły decydował się na pewny interes i ku uciesze tłumu i wyciągał plik gotówki, by postawić na pewniaka. Bankier zaś niechętnie, ale przymuszony groźnym pomrukiem podekscytowanego tłumu, chcąc nie chcąc akceptował zakład. Zakład postawiony i teraz już tylko trzeba odkryć karty, aby chciwy bankier został nauczony rozumu. Karty zostają dkryte!

Rozlega się okrzyk zupełnego niedowierzania. Ja to możliwe!? Karta wskazana przez “szczęściarza”, jednak okazuje się nie być tą jedyną Damą, która wygrywa... Pieniądze “farciarza” szybko wędrują do kieszeni bankiera, a wraz z nimi gruba forsa zaszokowanego frajera, który jeszcze przed chwilą, liczył w wyobraźni wygrane tysiące... To właśnie wtedy do akcji wkraczała obstawa i wyjąca ofiara znikała w kłębiącym się tlumie.

 

Byłem zaskoczony swoim odkryciem. Do tej pory, niespecjalnie się nad tym zastanawiając, zakładałem, że bezsilność grających ma swe źródło w statystycznej niemożliwości pokonania niekorzystnych szans. Wyszukana pomysłowość tej kombinacji, otworzyła mi oczy na ukryty świat monipulacji, na drugie dno za pozornie zrozumiałą rzeczywistością.

 

Pośród moich znajomych w tym czasie, nie zanalazłem ani jednej osoby, która by zdawała sobie sprawę na czym naprawdę polega gra w trzy karty. Większość zakładała, podobnie jak ja, że w tą grę się przegrywa, bo szanse są niekorzystne dla gracza, byli też tacy co wyobrażali sobie, że rzecz polega na jakiejś cwanej manualnej manipulacji kartami. Nikt nie chciał uwierzyć kiedy opisywałem skomplikowaną operację. Zbyt wyszukane!, na bazarze? Tyle zachodu, żeby oskubać jakiegoś jelenia, kiedy można go po prostu obić i okraść? Itd... Po pewnym czasie przestałem się dzielić z przyjąciółmi moimi odkryciami.

 

Kataryna napisała w swojej ostatniej notce, “Głos Podniesiony Na Władzę Uciszymy”, że Palikota i jego pogróżek nie można ignorować. I że Ewa Stankiewicz powinna skonsultować się z prawnikami, czy jego wypowiedzi nie są tłumieniem krytyki prasowej. Pod notką Kataryny, jak zwykle, rozgorzała dyskusja, i jeśli wyeliminować hałas robiony przez troli, to można zauważyć, że komentatorzy czują się raczej bezradni w konfrontacji z fenomenem Palikota. 

 

To normalne. Większość ludzi jest bezradna w zderzeniu ze skomplikowaną manipulacją. Kataryna ma rację, Palikota nie wolno lekceważyć. Ale próżne pyskowanie nic tu nie pomoże. Trzeba zdobyć się na wysiłek zrozumienia tej pozornie tylko prostej, jak ta w trzy karty, gry.

 

Słowo ku rozwadze jednak: Zafascynowany powróciłem następnego dnia na Bazar Różyckiego, by dowiedzieć się więcej o skubaniu frajerów. Tym razem oddalenie od epicentrum wydarzeń, niewiele pomogło. Szybko zostałem “namierzony” i zmuszony do zmiany zainteresowań. Jednym z przeganiających mnie osiłków był znany mi z widzenia wywiadowca MO z komendy na Cyryla...

Owanuta
O mnie Owanuta

Nutnik

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Polityka