- Halo, halo?
- No hej, jak się masz?
- Dobrze, a ty? Spakowany?
- Już. Prawie. Wiesz, ja wyjeżdżam już dziś wieczorem.
- Dziś? Przecież dopiero trzeci.
- Muszę zahaczyć jeszcze o Washington.
- Aha, ale masz teraz czas dokończyć opowieść o Bieleckim?
- Tak, tak oczywiście. Posłuchaj.
W tym strasznym tłoku przesiedzieliśmy tylko do wieczora. Wtedy zabrali wszystkich nadliczbowych więźniów i razem z moimi okularami...
- Jak to z okularami?
Jeden z nich świsnął je ze stolika przy którym siedziałem z zamkniętymi oczyma. Po chwili klawisz znów wszedł do celi i położył je na stole. Znaleźli przy “kipiszu”, który zawsze robią więźniom przy przenoszeniu z celi do celi.
- To te srebrne? Te takie rzeźbione?
- Ty je pamiętasz?!
- No pewno, że pamiętam.
- OK, nie przerywaj już, bo nigdy nie skończymy.
- Jak nie dzisiaj, to skończysz kiedy indziej. Strasznie się za tobą stęskniłam.
- Ja też, córuś. Teraz już będzie lepiej.
- Dzięki Skype...
- No tak.
- I co było dalej?
Nic specjalnego. Okazało się, że zostało nas czterech na cztery prycze i już nie musiałem się obawiać spania na cemencie przy kiblu. Następnego dnia, zobaczyłem na czym polega głodówka kryminalnych. To był rodzaj umowy społecznej. Więźniowie udawali, że głodują, a klawisze udawali ślepych i nie dostrzegali jedzenia w celi, podawanego na różne sposoby przez więźniów “jedzących”. Na dodatek karmienie przymusowe miało formę całkowicie kordialną. Klawisze przynosili pod celę termosy z karmą, a “głodujący” więźniowie grzecznie podstawiali swoje “kubasy” i posłusznie, pod czujnym okiem strażników, wypijali je do dna.
Rozwój sytuacji stale mnie zaskakiwał. Kiedy już uporałem się z własną słabością, wierząc, że opanowanie łaknienia jest moim największym wyzwaniem, nagle okazało się, że terror i zmuszanie do wypijania karmy pod groźbą skatowania, jest nowym i zupełnie nie przewidzianym wyzwaniem. Strasznie się bałem, ale odmówiłem choćby nawet wzięcia kubka do ręki. Nikt mnie nie skatował, tylko dowódca wyciągnął starszego celi na korytarz i to jemu spuścili manto, bo nie trzyma dyscypliny pod swoją celą. Wszystko słyszałem i nie miałem wątpliwości co się stanie ze mną, kiedy on wróci, a strażnicy odejdą.
Spodziewałem się najgorszego. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Bieleckim. Pozostali rozmawiali o nim pomiędzy sobą i zrozumiałem, że siedział z nimi przedtem więzień polityczny, niejaki Bielecki, tu w tej samej celi. On też nie chciał dobrowolnie chłeptać “karmy”. Stawiał opór przy próbach karmienia sondą. I w końcu zabrali go do pawilonu III, żeby nie psuł więźniów kryminalnych swoją niezłomnością.
To był promyk nadziei. A bardzo jej wtedy potrzebowałem. Więc jest szansa, że mnie stąd po jakimś czasie zabiorą, wystarczyło wytrzymać. Ten “starszy celi”, wbrew moim obawom, nie spuścił mi lania. Rozgrzewał się jednak do tego powoli. Zaczął od wieszania psów na Solidarności, skakał po celi i wygłaszał tyrady o tym jak to nadchodzi dzień kiedy, ich kryminalnych, wypuszczą z więzięń, dadzą do ręki kałasznikowy i oni pójdą przez miasto “robić porządek”. Szczególnie barwnie opisywał co zrobi z księżmi. Takie miał antyklerykalne zacięcie.
A przy tym jednak, i chyba wbrew instrukcjom, raz po raz mówił coś pozytywnego o Bieleckim. Wyraźnie był pod jego silnym wrażeniem. To dało mi następny promyk nadziei. Słysząc jaki mają dla niego szacunek, zrozumiałem, że niezależnie od tego jak bardzo są namawiani do zastraszania głodujących więźniów politycznych, wsadzanych w tym celu pod ich, rutynowo i gładko funkcjonującą, celę “głodomorów”, robią to niechętnie. Łapałem te “kierunkowskazy” bardzo łapczywie.
Powoli zacząłem włączać się do tych rozmów o Bieleckim. I ze zdumieniem odkrywałem, że ci ludzie, którzy bez wahania mówili najobrzydliwszych rzeczy o Żydach, opowiadali dowcipy o podrzucaniu “żydka” na ogień, bo się robi zimno itd..., nieodminnie, kiedy schodziło na Bieleckiego, mówili o nim, - ale to, to jest porządny Żyd.
Zaczynałem być bardzo ciekaw tej postaci. Postanowiłem przyspieszyć przeniesienie do innej celi, gdzieś do pawilonu III, w lepsze warunki, być może do tej w której siedzi Bielecki, jeśli jeszcze “trzyma” głodówkę. Przestałem przyjmować płyny. Ponieważ nawet nie próbowali karmić mnie wtedy przymusowo, mój stan zaczął pogarszać się w błyskawicznym tempie. Już nie byłem w stanie bez omdlenia stawać na baczność w czasie apeli. Gwałtowne zmiany pozycji z leżącej na stojącą były nie do wykonania. Po kilku dniach i teraz już naprawdę nie pamiętam ilu, ale to nie mogło trwać zbyt długo - choć zdąrzyłem napisać listy pożeganlne dla ciebie, Gochy, rodziców, schowane w kopercie z napisem, wysłać w razie mojej śmierci, stało się to co mi zapowiadali kumple spod celi. Zostałem zabrany od nich i przeniesiony do pawilonu III.
“Ponton”, nazywany tak przez więźniów z racji swojej tuszy, otworzył mi drzwi do celi na parterze, - wchodźcie. Szczęk zasuwy i klucza w zamku. W celi, na łóżku, oparty plecami o wezgłowie, z podciągniętymi w górę kolanami półsiedział - półleżał roześmiany, długi, chudy jak więzień kacetu, facet i przyglądał mi się ciekawie. Był w celi sam. Pierwszy przerwał milczenie:
Cześć, witam, nazywam się Czesław Bielecki, jestem Żydem.
Tak, wiem - wybąkałem zaskoczony.
Tato?
No co?
Tato nie obrazisz się, ale ja muszę lecieć, właśnie kolega mnie wydzwonił...
OK, skończymy kiedy indziej. To leć, pa.
Pa tatuś, bardzo cię kocham.
Ja też, leć. Pa.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)