Już niedługo polski Premier podpiszę „w imieniu całego narodu” dokument, który de facto ceduje proces decyzyjny we wszystkich nieomal istotnych dla narodu sprawach z polskiego Parlamentu na grupę unijnych biurokratów sterowanych zdalnie z Berlina. Tak po cichu zadecydował niedawno polski Parlament. Piszę „po cichu” bo w dniu kiedy zapadła ta decyzja, wszystkie główne stację telewizyjne i radiowe podały jako najważniejsze wydarzenie dnia, i poświęciły mu lwią część serwisu informację że sportowe auto z dwoma żurnalistami na pokładzie wpadło na słup w Warszawie. Faktycznie przykra sprawa, tym bardziej że jeden z żurnalistów nie żyję, a drugi walczy o życie, ale… z całym szacunkiem, chyba głosowanie w Sejmie o sposobie ratyfikacji Traktatu Reformującego było najważniejszym wydarzeniem nie tylko tego dnia, ale chyba i roku.
Czy ten akt cesji jest dla nas czymś istotnym?
Z jednej strony wmawia się nam że tak. Wręcz doniosłym. I oczywiście niesłychanie korzystnym.
Czy czekały na to całe pokolenia?
Podobno tak. Tak w każdym razie mówią i piszą ci, którzy w Unii Europejskiej widzą mityczny Eden – krainę niezmąconego spokoju, wiecznego szczęścia i dobrobytu. W takim razie pewnie i za taką możliwość przelewali swoją bezcenną krew Polacy walczący od bez mała 240 lat w różnych bitwach, powstaniach, kampaniach i wojnach aby tylko tą niepodległość wywalczyć bądź utrzymać.
Ile tej krwi przelano? Nikt tego nie policzył, ale na pewno dużo. Całe morze krwi. I teraz to morze krwi, bez żadnej wewnętrznej dyskusji nad celowością podpisywania Traktatu, jego plusami i niebezpieczeństwami skrzętnie poukrywanymi pomiędzy poszczególnymi paragrafami, bez cienia refleksji czy jest nam to do czegokolwiek potrzebne Premier polskiego rządu skwituję jednym podpisem. Wiecznym piórem, zużywając przy tym kilka kropel bezwartościowego atramentu.
Czego ja właściwie chcę? Czy ja chcę żeby Premier Traktatu nie podpisał? Nie wiem. Mam dużo wątpliwości, chyba zbyt dużo żeby go podpisać gdybym był na miejscu Premiera. No, ale może niesłusznie, może nie ma się czego obawiać, może to jest naprawdę dla nas dobre?
Hm… no to czego się Panowie i Panie politycy i dziennikarze boicie? Dlaczego nie ma dyskusji? Dobre rzeczy bronią się same, a tu cisza. Jakaś dziwna ta cisza. Gdzie jest pan Bartoszewski, zawsze taki rozgadany, rozdygotany i podniecony, gotowy mówić na każdy temat? Gdzie jest Marszałek Komorowski? Przecież swego czasu zajmowało go nawet to o czym piszą na Jamajce! Takie wydarzenie się szykuję tu na miejscu, a on na to nic?
I Niesiołowski nic nie mówi? To przecież aż nienaturalne u niego. Może on chory?
Gorzej że i druga strona politycznego boiska milczy.
Prezydent? Sza…
Były Premier Kaczyński? Nic.
Reszta? Cicho.
Nikt nie chce rozmawiać.
Czyżby to syndrom „domu wisielca”?.
Tamta krew już dawno wsiąkła w ziemię, nikt się nią tak naprawdę dzisiaj nie przejmuję.
A pióro już pewnie gotowe i atramentem napełnione.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)