Kiedy zaczął rządzić nami Straszny Jarosław większość żurnalistów przyzwyczajonych do tego że wszystko na tym dobrym świecie jest od dawna na swoim miejscu i wiadomo co można, a czego nie, przeżyło pewien szok: otóż trzeba czasem zająć stanowisko. Dokonać jakiegoś wyboru. Nie tak jeszcze dawno temu, kiedy Prezydent Wszystkich Polaków narąbał się jak świnia i o mało nie wpadł do katyńskich grobów głową w dół wybór był: schować taśmę z utrwalonym incydentem na dno szuflady czy spalić w kominku? Oczywiście mam na myśli tych lekkoduchów, którzy w swojej głupocie włączyli kamerę.
Ale nawet wtedy mieliśmy dziennikarzy, którzy uważali że media są po to aby społeczeństwo mogło znać całą prawdę o otaczającej nas rzeczywistości a w szczególności o rządzących nią politykach. Czapki z głów przed Marią Przełomiec!
Nastał więc czas wyboru i co poniektórzy stwierdzili że może jednak można przystąpić do „warsztatów dziennikarskich” i próbować poopisywać rzeczywistość tak jak należy, tzn. obiektywnie. Takie chwile nie trwają jednak zbyt długo.
Natychmiast znalazło się samozwańcze jury pod przewodnictwem ludzi takich jak Władyka, Żakowski, Wołek czy Paradowska i nazwało takich straceńców „dziennikarzami dworskimi”. Dworskość owa charakteryzowała się głównie tym że zdarzało się takim absztyfikantom napisać na łamach bądź powiedzieć na antenie o PiSie, o jego przywódcy bądź o bracie przywódcy coś pochlebnego. Zgroza.
Te czasy już szczęśliwie minęły. Dziennikarzy dworskich już na szczęście nie ma. Ci, którym się w minionym okresie coś wypsnęło zrozumieli swój błąd. Wrócili do „mainstreamu”. Kilku jeszcze się szamoce jak płoć w sadzyku, ale to już ostatnie podrygi. Wszystko wraca do normy. Jest bezpiecznie. Jest jak było. Jest jak trzeba.
Akurat mamy bardzo ciekawą sytuację. Skołowane społeczeństwo w swojej masie nic nie rozumie z tego co wyprawiają wokół Traktatu Reformującego nasi politycy. Co bystrzejsi i tak wiedzą swoje. Ale bystrych, jak w każdym społeczeństwie jest określona ilość. Reszcie trzeba co nieco wytłumaczyć. No i co? No i nic. Sprawa w mediach przedstawia się następująco:
Kaczyńscy wynegocjowali traktat, którego nie chcą teraz ratyfikować ponieważ jest dla Polski niebezpieczny, choć to ten sam Traktat który niedawno był sukcesem.
Proste?
Proste.
Kto jest be? Kaczyńscy!
Ko jest cacy? Tusk & Co.
A po drodze nic się nie stało. 20 grudnia Platforma nic w Sejmie nie przepchnęła. Protokół Brytyjski nic nie znaczy a Karta Praw Podstawowych to sam miód. Niemcy są naszymi przyjaciółmi i są łagodne jak lamy peruwiańskie po sutej kolacji, zaś zjednoczona Europa to istny Eden, gdzie jedynym zmartwieniem będzie jaki film grają dzisiaj w telewizji.
Ale jak tu obiektywnie wytłumaczyć grę sił w jednoczącej się pod przewodnictwem Niemiec Europie, kiedy większość „niezależnych dziennikarzy” pracuję w niechętnych PiSowi stacjach telewizyjnych albo jest na liście płac w niemieckich gazetach? Że co? Że „kapitał nie ma ojczyzny”? Że niezależność dziennikarska? Że Naczelny niemieckiej gazety w Polsce nie naciska na swoich „pistoleros”, kiedy ci chcieliby uzasadnić polską rację stanu w kwestii sporu o np. bałtycką rurę albo o liczenie głosów po lidzbońsku bądź nicejsku? Że w obecnym sporze o ratyfikację Traktatu między PiSem a Rządem ten pierwszy może mieć jednak w kilku punktach racje?
Eeee tam… za duży już jestem na takie pierdoły. Pewnie że każdy kapitał ma swoją ojczyznę, a niemiecka gazeta w Polsce będzie pilnowała niemieckiej racji stanu. Nie będę nawet tego uzasadniał, tak jak nie chce tego uzasadniać w drugą stronę jeden z tutejszych blogerów, który z automatu wycina wszystkie wpisy zahaczające o ten wątek. Myślę że nastał w polskich mediach czas pogardy. Pogardy dla zwykłego człowieka, który zajęty swoimi sprawami i codzienną walką o byt nie ma już sił i ochoty na rozwiązywanie politycznych sznurówek splątanych sprytnie przez pewnych polityków i skurwione do imentu media. Czym to się skończy? Nie wiem. Wiem tylko tyle że pewnych stacji radiowych już nie słucham, pewnych dziennikarzy już nie czytam, pewnych gazet już nie kupuję… Wiem co tam jest bez słuchania, czytania i oglądanie. Nauczyłem się wyławiać prawdę spod grubej warstwy bezczelnych manipulacji i widzę że coraz więcej osób robi to samo. Czy dziennikarze, których unikam mogą liczyć że do nich wrócę? Ci, którzy się tylko czasem mylą tak, ale ci którzy mną gardzą już nie.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)