
Jest takie powiedznie że jeśli w pierwszym akcie przedstawienia na ścianie wisi strzelba, to na końcu trzeciego aktu wystrzeli.
Bez wątpienia tym co najbrdziej zapamiętamy po rządach ekipy cudów będą fajerwerki chamstwa w wykonaniu nadwornych "trefnisi" PO czyli posła Janusza "Fallusa" Palikota i Marszałka Sejmu Stefana "Piany" Niesiołowskiego. Co prawda mocno deptali im po piętach Sebastian "Żel" Karpiniuk i Władysław "Bydło" Bartoszewski ale trzeba przyznać że ci dwaj wspomniani na wstępie byli raczej poza konkurancją. Zresztą, nawet z tych dwóch można bez żadego ryzyka wyznaczyć zwyciężce.
Przyznajmy: Palikot był bezkonkurencyjny.
Jego pokłady chamstwa i tupetu były nieprzebrane, dowcipy były tak niskiego lotu że niżej szybować już naprawdę fizycznie nie sposób, a samo indywiduum okazało się tak cudownie odpychające że nikt nie ma najmniejszych szans aby się z nim mierzyć.
No i te gadżety!
Gdyby uznać te wszystki świńskie ryje, gumowe zamienniki mężczyzny, rewolwery i damskie stroję, w których podobno tak ochoczo chodził po Kongresie PiSu za Prezesem Kaczyńskim za takie strzelby z pierwszego aktu sztuki to jaką rolę miałyby one spełnić w trzecim, który wbrew Tuskowi i jego macherom od "narracji" i wizerunku chyba własnie się zaczął?
Wyobraziłem sobie finał tej sztuki w którym Janusz Palikot wygłasza ostatnią przed opuszczeniem kurtyny kwestię:
Tym co trzymam w prawej ręcę zrobię sobie ostatni raz dobrze, bo nikt mi tak dobrze nie zrobi jak ja sobie sam, a już na pewno nie ten Rząd. A na koniec użyję chyba tego, bo jak sobie pomyślę że po wszystkim nie będę już tak często występował w telewizji to żyć mi się odechciewa!
Niczego nie żałuję, nikogo nie przepraszam, tylko... wina żal!!!
Strzał...
Kurtyna...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)