Kiedy Jarosław Kaczyński chciał zadowolić wierchuszkę Platformersów formując pierwszy rząd PiSu po wygranych wyborach w 2005 roku, postanowił wyciągnąć z nicości człowieka, którego ci Platformersi byliby w stanie zaaprobować na stanowisku Premiera. Musiał to być człowiek do zaakceptowania przez ludzi takich jak Tusk, Schetyna, Chlebowski, Rokita i Komorowski że o „twarzach Platformy” pośledniejszego płazu takich jak Palikot czy Niesiołowski nie wspomnę.
Dzisiaj, ex post wiemy że Platforma do żadnej koalicji z PiSem na warunkach innych niż „wszystkie resorty siłowe w naszych rękach” dopuścić za nic w świecie nie chciała. Zresztą, coraz bardziej widać choćby po dzisiejszych „kłopotach aneksowych” ludzi takich jak Marszałek Komorowski że i nie mogła.
No i wybór padł na Kazimierza Marcinkiewicza. Przyznam się że chociaż jestem człowiekiem dość zainteresowanym bieżącą polską polityką to wcześniej o Marcinkiewiczu nie słyszałem. Być może powinienem, ale jakoś mi umknął, choć z dzisiejszej perspektywy widzę że chyba „umknął mi” nie przypadkowo. To po prostu był naprawdę „panna nikt” i nie było żadnego powodu żebym o nim wcześniej słyszał.
Podobnie zdarzyło mi się w przeszłości z Hanną Suchocką - kiedy ją desygnowano na premiera RP szczęka opadł mi do ziemi ponieważ nie miałem pojęcia że taka osoba żyję na tym świecie.
Pamiętam że kiedy politycy Platformy zjawiali się w telewizorni żeby przedstawić swój punkt widzenia na temat tej kandydatury to wypowiadali się gremialnie o Marcinkiewiczu zawsze per: Kazio. I znowu – strasznie mnie to wtedy wnerwiało bo oczywiście zdawałem sobie sprawę że to taka forma dezawuowania osoby przyszłego Premiera Polski i ustawiania go w roli „małego Dyzia”, figuranta w rękach demonicznego Jarosława - drugiej inkarnacji Krzaklewskiego, który będzie „Kręcił Kaziem z tylnego siedzenia”.
I co dziwne, historia pokazała że obie strony miały rację!
Kaczyński świetnie wyłuskał z tłumu PiSowskich parlamentarzystów gościa, który jak ulał pasuję dzisiaj do typowego wizerunku polityka Platformy! Mamy tu faceta zakochanego w sobie, dbającego o swój sceniczny wizerunek jak o mało co, a jednocześnie osobę zupełnie bez właściwości, nie mającą bladego pojęcia o rzeczach, którymi przyszło mu się zajmować i gotowego dokładnie na wszystko byleby by tylko utrzymać się na tafli. Fakt jego spektakularnej zdrady i jej styl świadczą że w tym względzie nie zawiódł ani na milimetr!
Jednocześnie politycy PO od początku świetnie pozycjonowali Marcinkiewicza określając go już wtedy, kiedy mało kto o nim słyszał Kaziowym zdrobnieniem. Jak pokazały wydarzenia ostatnich tygodni Marcinkiewicz potrafił swój pozytywny wizerunek zatopić w jednej chwili i faktycznie jego osoba dzisiaj jest przez media postrzegana raczej przez pryzmat poezji jego nowej dziewczyny czy nowego, wypasionego modelu BMW którym zamierza ją wozić po Londynie niż przez pryzmat jego politycznych czy biznesowych dokonań.
No i tutaj dochodzimy do pewnej drażliwej kwestii. A mianowicie czy czynnemu do niedawna politykowi piastującemu w Polsce jeden z najwyższych urzędów wypada, czy wręcz wolno pętać się w okolicach potężnych, finansowych instytucji mających globalny zasięg (Goldman & Sachs) i doradzać w kwestiach energetycznych, które były jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej domeną opieki jego Rządu i są jedną z podstawowych sfer obecnej polskiej racji stanu?
Czy nie należałoby natychmiast uchwalić jakiegoś prawa, które regulowało by te kwestie skoro nawet w dosyć niewielkich firmach prywatnych można zadbać o podpisanie umowy o zakazie konkurencji ze zwalnianym albo zwalniającym się pracownikiem?
Bo to że mały Kazio zaszkodził sobie, swojej rodzinie i młodej poetce Izabel to żałosne i przykre, ale to że może potężnie zaszkodzić Polsce to niewybaczalne.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)