Zastanawiam się czy sprawy z Palikotem nie zabrnęły już na tyle daleko że kanały telewizyjne (w zasadzie to właściwie można by ich ilość zawęzić do dwóch stacji z tego samego „imperium medialnego”), które go tak namiętnie pokazują, nie powinny zacząć stosować przy emisji jego happeningów zapisów o treściach szkodliwych dla młodzieży i osób o słabszych nerwach i nie powinny pokazywać go po godzinie 23.00 i ometkowywać kolejnych jego „show” czerwonym kółeczkiem w lewym, górnym rogu ekranu?
Od samego początku medialnej aktywności po wygranych przez Platformę wyborach w 2007 roku wyczyny tego cudaka naznaczone były pewnym rodzajem półpornograficznej aury, i wcale nie mam tu na myśli tylko jego transmitowanej z upodobaniem przez media autostymulacji wibratorem, a w każdym razie nie w pierwszym rzędzie.
Na marginesie ciekawa rzecz: chociaż to już jego druga kadencja w Parlamencie to w poprzedniej ten poseł nie odznaczył się w zasadzie żadną aktywnością typowo poselską a właściwie to… żadną w ogóle!
Można powiedzieć że był jednym z najbardziej niezauważanych parlamentarzystów poprzedniej „edycji” naszego Sejmu, a jego absencja na sejmowych posiedzeniach ustawiała go w ówczesnej czołówce wagarowiczów z Wiejskiej.
Właściwie to Palikot powstał z medialnego niebytu dopiero po kontrowersyjnym sfinansowaniu i wydaniu książki Donalda Tuska. Czy był to taki rodzaju bilet wstępu, swoiste „wpisowe” (nomen-omen!) na dwór kaszubskiego dyktatorka?
Myślę że tak, ale chyba też właśnie wtedy Palikot uzyskał od Tuska jednocześnie również coś w rodzaju platformianej licencji na opluwanie.
Od tego momentu Palikotowi wolno było w Platformie dosłownie wszystko, ku uciesze TVN-u i jego dziennikarskiej obsady oraz kilkunastu innych żurnalistów zlęknionych ewentualną recydywą PiS-owskich rządów, porozsiewanych po innych strażnicach jedynej prawdy.
Czy taka sytuacja może uśpić czujność i sprawić że u nowobogackiego prostaka popuszczą hamulce?
Oczywiście i właśnie na naszych oczach rozgrywa się kolejna faza jego medialnej jazdy bez trzymanki, która w języku akrobacji lotniczych nazywa się (jeszcze raz: nomen-omen!) korkociągiem.
I znowu – nie chodzi mi o jego ostatnie, kolejne impertynencje pod adresem Prezydenta, które są tym razem raczej paniczną próbą odwrócenia uwagi od kilku śmierdzących jak rozkładające się truchło spraw, które zaczynają się uporczywie ciągnąć za biłgorajskim nuworyszem, ale właśnie o to że ustawiając się nieustannie w świetle jupiterów sam w pewnym sensie ściągnął na siebie te wszystkie kłopoty, z którymi chyba tym razem będzie musiał się zmierzyć naprawdę, bo do tej pory nasze (jakie tam nasze?) krajowe, sprostytuowane media, wszystko mu wybaczały.
Ale tym razem strzał przyszedł z zupełnie niespodziewanej strony i był chyba dosyć celny bo w jeden z naprawdę słabych punktów Palikota czyli w ... jego kasę!
A kaliber spraw (nielegalne finansowanie swojej kampanii, lobbing w komisji „Przyjazne państwo”, zeznania ex-żony o finansowych przekrętach itp.) chyba nie pozwoli na tak rutynowe zamiecenie wszystkiego pod dywan jak do tej pory.
Przyznam się że oglądałbym upadek tej wyjątkowo parszywej postaci z olbrzymią przyjemnością, której jako zadeklarowany katolik trochę się nawet wstydzę.
Ale na swoje usprawiedliwienie mam taki drobny argument: chodzi o to że medialny i polityczny ale całkowicie DEFINITYWNY koniec zjawiska pod nazwą Palikot jest Rzeczypospolitej niezmiernie potrzebny.
Jako przestroga dla ewentualnych naśladowców: z newsa powstałeś, w news się obrócisz.


Komentarze
Pokaż komentarze