Godzina: około 21.
Miejsce: studio TVN24.
Dramatis personae: redaktor Andrzej Morozowski, poseł SLD Ryszard Kalisz, senator PiS Zbigniew Romaszewski.
Panowie dyskutują o krzyżu spod Pałacu Prezydenckiego - tym samym, na którym wisi tabliczka oznajmująca, że krzyż powinien stać do czasu ufundowania jakiegoś godniejszego pomnika ofiar tragedii smoleńskiej. Towarzysz Kalisz, człowiek "lewicowej wrażliwości", krzyczy o konieczności usunięcia krzyża, który "razi uczucia" nie-katolików, senator Romaszewski krzyża broni. Niby nic specjalnego, ale najciekawsza w całej tej chyba godzinnej dyskusji była postawa posła SLD, który powtarzał bez przerwy te same brednie o "dzieleniu Polaków", które słyszymy od samego dnia katastrofy; wtedy to określenie się pojawiło i zdążyło przez ten czas zrobić niesamowitą furorę, zarówno POlacy, jak i inni akolici Antypisa używają go z lubością jako wybornej pałki, którą można w każdej chwili przygrzmocić Jarosławowi Kaczyńskiemu. Otóż w pewnym momencie z ust towarzysza Kalisza padają słowa, których urok niemal zwalił mnie z tapczanu:
- Ten krzyż nie jest zwykłym krzyżem. To wynik pewnej manifestacji zwolenników koncepcji państwa wyrażanej przez Jarosława Kaczyńskiego teraz, a wcześniej za życia wyrażanej przez Lecha Kaczyńskiego. (...) Ten krzyż to symbol czego innego niż wiara. To symbol ludzi, którzy innych odsądzaja od czci i wiary. Nie godzę się, żeby taki polityk, który uzyskał w wyborach prezydenckich 47 proc. poparcia dzielił ludzi na gorszych i lepszych.
Gdybym chciał poużywać sobie na tej wypowiedzi tak, jak na to zasługuje, to znów wyprodukowałbym trzyekranowy elaborat. Absurdalność stwierdzenia posła Kalisza z jednej strony ociera się o cynizm, z drugiej mocno przytula do idiotyzmu, i nie wiem, które z tych dwóch jest jej bliższe; pozostawię zatem tę wypowiedź niemal bez komentarza, aby każdy z Państwa mógł samodzielnie, w milczeniu rozważyć ukryte wewnętrzne piękno i głęboką mądrość słów towarzysza Kalisza. Mój drobny komentarz brzmi: harcerze stawiający krzyż parę dni po katastrofie byli zatem, według rozumowania posła SLD, nasłani przez Jarosława Kaczyńskiego, który już wtedy "grał trumnami" i stawiał na Krakowskim Przedmieściu duży pomnik swej polityki, polityki dzielenia ludzi na lepszych i gorszych (ludzie są lepsi i gorsi, panie pośle, choćby z tej przyczyny, że nie wszyscy wysługiwali się sowieckim oprawcom, nie wszyscy też mordują, gwałcą i podpalają). Jak rozumiem, według posła Kalisza 47 procent w wyborach prezydenckich to wynik żałosny, śmieszny, a osoba, która go uzyskała, powinna bez zbędnej zwłoki na miejscu spalić się ze wstydu.
Ciekawe, czy towarzysz Kalisz konkretnym wysiłkiem woli wyparł z pamięci własne słowa wypowiedziane do kamer zaraz po katastrofie: "brak słów, módlmy się, tylko to nam pozostaje", czy też jego pamięć tak kompromitujących polityka "lewicy" słów w ogóle nie zarejestrowała? Bo przecież nie wierzę, żeby poseł Kalisz był takim obrzydliwym cynikiem i tak zajadle zwalczał krzyż, pamiętając o swym wezwaniu do modliwy. Chyba, że pojmuje je jako wstydliwą "chwilę słabości", bo i to niewykluczone.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)