Na wstępie drobne, lecz ważne zastrzeżenie; recenzja ta nie będzie skonstruowana wg zasad opracowanych przez Johna Hoyera Updike’a (1932-2009), chociaż większość z nich w pełni podzielam.
I tak; Updike zalecał, aby nie zajmować się całą dotychczasową twórczością danego autora, lecz tylko konkretną książką. Trudno jednak tę arcysłuszną uwagę stosować do autorów obcojęzycznych, których twórczość jest prezentowana na lokalnym rynku dość wyrywkowo i nie zawsze w porządku chronologicznym. W przypadku Updike’a poety, prozaika i krytyka literackiego, którego dorobek stanowi około 50 książek wydane w Polsce przekłady stanowią niespełna 30% puścizny Amerykanina. W Polsce Updike nie zaistniał jako poeta i krytyk literacki, który podobnie jak Vargas Llosa chętnie dzielił się swoimi przemyśleniami o warsztacie prozaika. Śmiało można przypuścić, że w najbliższym czasie sytuacja ta nie ulegnie zmianie. W dodatku nie wszystkie części składowe cykli powieściowych, które kojarzą się z nazwiskiem pisarza zostały przetłumaczone na polski. Najlepiej prezentuje się tu powieściowa tetralogia, której głównym bohaterem jest były koszykarz Harry Angstrom przezywany „Królikiem”. Te cztery półironiczne/autoironiczne „biografie” fikcyjnej postaci uczyniły przecież z Updike’a czołowego pisarza amerykańskiego ostatnich dziesięcioleci XX wieku, czego wyrazem była dwukrotnie mu przyznana nagroda Pulitzera.
I znów naruszam zasadę sformułowaną przez twórcę „Uciekaj Króliku”. Zalecenie, aby nie kierować się renomą pisarza, ale beznamiętnie analizować utwór, jest niewątpliwie słuszne, zwłaszcza u nas, gdzie opinia o czymś odgrywa rolę decydującą. Jednak warto podkreślić, że w całej historii nagrody Pulitzera Updike był jednym z trzech autorów, który otrzymał ją dwukrotnie. To
o czymś świadczy. Najgorzej prezentowane są cykle o Bechu i Buchananie oraz prozatorski remake arcydzieła prozy amerykańskiej „Szkarłatnej litery” N. Hawthorne’a (1804-1864).
Warto się zastanowić czemu J. H. Updike zawdzięczał swój ogromny sukces. Pomijając rzutkość oraz inicjatywę, która zawsze dawała dobre rezultaty Updike przedstawia się nam jako pisarz wschodniego wybrzeża USA, konkretne Nowej Anglii. Nie jest to więc proza zawieszona
w topograficznej abstrakcji. Tematyka tych powieści i opowiadań; małżeństwo, seks, uwodzenie, rozwód, religijność, materializm, sport (koszykówka, baseball, golf) też ma swoje znaczenie. Nade wszystko jednak realizm obyczajowy, brak pruderii, otwartość i dość ironiczny stosunek do bohaterów i narratorów to główne zalety Updikowej prozy. W wielu utworach powtarzają się te same motywy, sporty, gry psychologiczne. Czytelnik, zwłaszcza amerykański odnosi wrażenie, że są to opowieści
o jego codziennym zwykłym życiu. Duchowe rozterki bohaterów, podobnie jak meandry biografii samego autora mają wiele wspólnego z klimatem słynnego protestanckiego bestsellera „The Secular City”. Protestantyzm laicyzuje się wprawdzie wolniej niż katolicyzm, ale szybciej traci metafizyczne
ciągoty i transcendencję. Łatwiej nasiąka duchem materializmu. Ludzie może nie czują się z tym najlepiej, ale
znajdują wiele usprawiedliwień.
Wydana w 1974 r. powieść A Month of Sundays polskiego przekładu doczekała się w 2012 r. Pod względem artystycznym nie jest ani wpadką, ani ważnym dziełem autora. Podobnie, jak
w „Uciekaj, Króliku” mamy tu pastora lubiącego grać w golfa, zdradzającego żonę i uwodzącego parafianki. Za swoje „grzeszki” pastor Marshfield zostaje zesłany do domu dla „upadłych” duchownych. Tam, w odosobnieniu, ma pisać dziennik. Nie wolno mu czytać Biblii ani dzieł o treści religijnej. Świetnym pomysłem Updike’a jest wielowyznaniowość tego pensjonatu dla podpadniętych księzy, taki ekumenizm a rebours.Świetny chwyt narracyjny,bo przecież w rzeczywistosci można wątpić w to, że poszczególne chrzescijańskie wyznania dekonspirowałyby się przed innymi w tak drażliwej kwestii jak ilość "podpadniętych" duchownych Utrzymywana przez różne denominacje , stojąca na wysokim poziomie terapeutycznym ,z zastosowaniem współczesnych technik psychoanalizy, instytucja ta stanowi dziwną oazę przymusowej refleksji nakierowanej na seks w kontekście religii
i obyczajowości. Tak nakreślona akcja powieści pozwala na snucie interesującego monologu, na ciekawie formułowane myśli, np. „Graham Greene ma rację. Bóg dopada nas poprzez wdzięczność, kiedy już odgryziemy sobie nogę, żeby umknąć z innych Jego sideł” (s. 62) lub „Ned miał brodę pacyfisty, skromną posturę i seksualną dwuznaczność jezuity ” (s. 64).
Udzielając porad duchowych pastor Tom w przeszłości wykorzystywał to do podrywania parafianek. „Co mówiły te kobiety? Ogólnie rzecz biorąc, że świat stworzony przez mężczyzn uwiera je tu i tam. Niektóre w kroczu, inne w głowie. Część skarżyła się, że kochają mężów bardziej niż oni je. Wiele narzekało na odwrotną sytuację” (s. 139)
A Month of Sundays jest powieścią dość przewrotną. Pastor Tom Marshfield (lat 41, 178 cm wzrostu), po opisaniu (w celach terapeutycznych) wszystkich swoich bezeceństw, prawdopodobnie podniecony wspomnieniami, kieruje swoją uwagę na czytelniczkę tych zwierzeń - panią Prynne, kierowniczkę tego ośrodka dla sfiksowanych duszpasterzy.
„Będzie pani miała ze mną klawo, pani Prynne. Dymanko nieobowiązkowe, przysięgam; proszę tylko przyjść, posiedzieć, opowiedzieć mi o swojej pracy…” (s. 232).
Cytowane fragmenty wskazują, że polski przekład jest potoczysty, poprawny, że czyta go się dobrze. Ale… niezupełnie.
Dziwacznie brzmiąca polska wersja tytułu „Miesiąc niedziel” to po prostu fatalnie, dosłownie przetłumaczona część angielskiego idiomu: „Never in the month of Sandeys” czyli „Nigdy, przenigdy”. Należało, więc wybrać albo cały idiom, aluzją do którego jest tytuł albo tylko część zwrotu. Np. „przenigdy”. Ten „Miesiąc niedziel” nie tylko, że brzmi dziwacznie, ale dopisuje się do obszernej kolekcji kłamstw zawartych w przekładach takich tytułów, jak: „Buszujący w zbożu”, Tramwaj zwany pożądaniem”, „Motyle są wolne”. A w rzeczywistości „Uciekinier w Rye”, „Tramwaj do Desire(dzielnica Nowego Orleanu), „Rób co chcesz”. Prawidłowo przetłumaczony tytuł pokrywa się, zresztą, z przesłaniem książki. Nigdy, przenigdy nie wyrzeknę się swojej seksualności. Można zapytać, jak brzmiałby on w kulturach Dalekiego Wschodu czy Indii, w tych krajach, gdzie seks nie jest oceniany z moralnego punktu widzenia i nie stanowi grzechu. Ale wówczas nie towarzyszylibyśmy, wraz z Updikiem, rewolucji obyczajowej lat siedemdziesiątych, traktując ją z przymrużeniem oka jako realizację „odwiecznej chuci"
A.T.
__________________________
John Updike: Miesiąc niedziel, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2012, s. 238, przełożył Jerzy Kozłowski, ISBN 978-83-7510-769-2



Komentarze
Pokaż komentarze (2)