88 obserwujących
541 notek
588k odsłon
472 odsłony

Jacek Zychowicz: Ludzie nowocześni pod krzyżem

Wykop Skomentuj14
Jacek ZychowiczPod Pałacem Prezydenckim zrobiło się ciemno. I to bynajmniej nie dlatego, że zapanował tam fanatyczny i klerykalny „Ciemnogród.”
 

Mrok nadchodzi bowiem z drugiej strony powstałego tam frontu. Widocznie sporny krzyż posiada cudowną właściwość obracania wartości deklarowanych przez zwalczający go uliczny show w ich ponure przeciwieństwo. Tolerancja w wydaniu krzyżowców à rebours jest pogardą dla odmiennych grup, postaw i osób. Wolność według nich jest terrorem. Ich spontaniczność sprowadza się do dyspozycyjności, a humor – do tępego krzyku.

Zabawne, że krzyż postawiony 15 kwietnia przez kilka miesięcy nikomu nie przeszkadzał. Ponieważ regularnie zbierało się pod nim stosunkowo niewiele osób – od kilku do kilkudziesięciu – trudno w nim też było dopatrzeć się znaku orientacyjnego dla jakiejś groźnej masy. Dlaczego więc Bronisław Komorowski, będący przecież uosobieniem zgody, która buduje, zapowiedział w głośnym wywiadzie jego przeniesienie? Możliwe, że ktoś z otoczenia prezydenta (wtedy jeszcze – elekta), lub grona rozmawiających z nim dziennikarzy – potrącił u niego strunę małostkowej ambicji. Najwyższy czas – być może mu zasugerowano – przerwać celebrowanie pamięci o jego poprzedniku, gdy rozpoczyna on swoją, prawie na pewno wybitną kadencję prezydencką.

Do pomyślenia jest także scenariusz makiawelicznej rozgrywki. Kto wie, czy – biorąc pod uwagę, że PiS poczuje się zobowiązany bronić najsłynniejszej pamiątki żałoby smoleńskiej – nie zaplanowano wciągnięcia opozycji w niewygodny dla niej konflikt. Obrońcom krzyża groziły zdroworozsądkowe wątpliwości, którymi też faktycznie ich zasypano: ostatecznie żałoba była, ale dość dawno się skończyła, akurat w pobliżu pałacu nikt nie zginął, czy Lecha Kaczyńskiego należy wspominać kosztem pozostałych ofiar katastrofy itd.

Byłoby jednak najciekawsze, gdyby na deklaracje Komorowskiego pewien wpływ zdobyli rzecznicy tzw. paradygmatu modernizacji. Oni muszą prowadzić bój o dalsze postępy na drodze do nowoczesności, gdyż bez niego utraciliby swoją tożsamość. Stary ustrój i jego pozostałości, które tępili w pierwszej dekadzie III RP, przestały już być dla nich wrogiem godnym tego miana. Ugrupowanie wywodzące się z monopartii rządzącej w PRL wyrzekło się rozbudzania nostalgii za pełnym zatrudnieniem w państwowych fabrykach. Teraz to SLD najgłośniej woła, że fundamentalnych wyróżników nowoczesności – to jest kilometrów autostrad, legalnych aborcji oraz zapłodnień in vitro – musi być u nas tyle, iloma od dawna się cieszą obywatele szczęśliwych krajów Beneluxu. Postkomunistyczny „beton” – jak rzekłby wielki komtur publicystycznego zakonu kawalerów najświętszej modernizacji, Jacek Żakowski – został oszlifowany. Do walki na wyniszczenie pozostała więc tylko tradycjonalna, konserwatywna, nacjonalistyczna – słowem, radiomaryjna – część społeczeństwa.

Za jej straż przednią uznano grupę osób spotykających się pod krzyżem. Przy pierwszej okazji przytłoczono ją oskarżeniami nie tylko o łamanie prawa, lecz nawet o (insynuowaną w komentarzach Waldemara Kuczyńskiego i Tadeusza Sobolewskiego z „Gazety Wyborczej”) „nienawiść do demokracji”. A przecież zakulisowe porozumienie kancelarii prezydenta z przedstawicielami kurii warszawskiej, władzami kościoła św. Anny i szefostwem organizacji harcerskiej, któremu w końcu odmówiła ona akceptacji, nie posiadało mocy ustawy państwowej. Gdyby nawet ją uzyskało, to demokracja dopuszcza obywatelskie nieposłuszeństwo (o czym zresztą oficjalni komentatorzy mieli niedługo sobie przypomnieć). W starciu z siłami porządkowymi, demonizowani „obrońcy krzyża” bardziej byli obiektami niż sprawcami przemocy. Na pewno nie użyli gazu pieprzowego, ponieważ w ogóle go nie mieli. Przypuśćmy nawet, że nie chcą się oni pogodzić z prezydenturą Komorowskiego, sądząc uparcie na przekór werdyktowi większości, że Kaczyński był lepszym kandydatem. Takich konsekwentnych oponentów nie brakowało Bushowi, ma ich Nicolas Sarkozy, a niedługo znajdzie ich pewnie Barack Obama.

Mimo tych wszystkich okoliczności łagodzących, atak na uczestników demonstracji, debat czy modlitw przy krzyżu podjęły liczne, a zarazem wewnętrznie zróżnicowane zastępy. Antyklerykałowie starszej daty grają w nich mniej więcej taką rolę, jak – według ostatniej części „Trylogii” – Tatarzy w armii tureckiego padyszacha. Są wykorzystywanymi do mniej istotnych zadań, ale traktowanymi z góry harcownikami.

 

Ten gatunek fanów państwa świeckiego stanowi trzon wymierającej zbiorowości odbiorców popularnego dawno temu tygodnika „NIE”. Jemu również swój byt zawdzięczają „Fakty i Mity” – konkurującego z Jerzym Urbanem w skali bardziej niszowej – Romana Kotlińskiego-„Jonasza”. Głosuje on na SLD, bo chociaż jego historyczni liderzy za bardzo – jego zdaniem – podlizywali się klerowi i JPII, to partię tę reprezentują także persony równie wybitne, jak profesor Senyszyn.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale