88 obserwujących
541 notek
593k odsłony
  855   0

Remigiusz Okraska: Książka bardzo niewygodna

Remigiusz OkraskaTa książka jest bardzo niewygodna dla wielu osób i środowisk. Padają tu niezliczone znane nazwiska – jakby na jej kartkach materializowała się przestroga Miłosza, że spisane będą czyny i rozmowy.

Nie, moi drodzy, nie mam wcale na myśli książki o TW „Bolku”, choć zapewne niejeden i niejedna z Was pomyśleli właśnie o niej. Trudno zresztą, aby było inaczej – szum medialny wokół pracy Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka jest tak ogromny, że niełatwo o inne skojarzenia. Ale tak się złożyło, że ukazała się właśnie książka – a raczej ostatni z czterech tomów kompletu – w moim odczuciu równie ważna i równie niewygodna dla politycznego establishmentu Rzeczypospolitej. Przeczucie mówi mi, że nie może ona jednak liczyć nawet na 1% medialnej wrzawy, która towarzyszy wydaniu tamtej. Dlatego na miarę swoich skromnych możliwości postanowiłem wesprzeć promocję właśnie tej, o którą media się raczej nie upomną.

Poniżej prezentuję tekst o książce prof. Jacka Tittenbruna pt. „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. Ta niewielka recenzja ukaże się w najbliższym papierowym wydaniu „Obywatela”, a towarzyszyć jej będzie obszerny wywiad z autorem. Zachęcam do lektury recenzji, wywiadu, a przede wszystkim samej książki.

***

Czego by nie napisać o tej książce, nie odda się w pełni jej znaczenia i wartości. To po prostu jedna z najważniejszych analiz (być może nawet najważniejsza) o tematyce społeczno-gospodarczej, jakie ukazały się w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat.

Prof. Jacek Tittenbrun dokonał czegoś, co wymagało zarazem ogromnego wysiłku, jak i znacznej odwagi. Jego czterotomowa rozprawa to w sumie około 1900 (słownie: tysiąc dziewięćset) stron! Ale przecież nie objętość przesądza o wartości tej pracy. „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji” – tak brzmi tytuł całości – to pozycja ważna przede wszystkim z uwagi na temat, wnioski i stanowisko autora. Prof. Tittenbrun, znakomity socjolog, dokonał czegoś, co dotychczas nie mieściło się w polskim dyskursie naukowo-politycznym.

Po pierwsze, przygotował drobiazgową analizę polskiej prywatyzacji. Pisząc „drobiazgową”, mam na myśli to, że książka jest niezwykle konkretna. Przywołane w niej przykłady można liczyć w setkach – tyle opisano prywatyzacji przedsiębiorstw i ich skutków dla Skarbu Państwa, systemu gospodarczego, pracowników najemnych i społeczności lokalnych. To nie są gołosłowne stwierdzenia i wydumane teorie, lecz znakomicie udokumentowany opis zjawiska. Od nazwisk, dat i cyfr wręcz kręci się w głowie podczas lektury.

Po drugie, jego opis jest wręcz do bólu bezpardonowy. Taryfy ulgowej nie ma tu dla nikogo – ani dla lewicy, ani dla prawicy, ani dla postkomunistów, ani dla „obozu solidarnościowego”. Padają niezliczone nazwiska, również te najbardziej znane – jakby w postaci tej książki materializowała się Miłoszowa przestroga, że spisane będą czyny i rozmowy. Politycy, biznesmeni z list najbogatszych Polaków, pracownicy liberalnego aparatu propagandowego, czyli ludzie mediów, ale także lokalni kacykowie, „zagraniczni inwestorzy” – są tutaj wymienieni po nazwisku, przypisani do przekrętu, decyzji i opinii wyrażanej w kluczowym momencie. Nie ma tu sloganów i oskarżeń bez pokrycia – są fakty, daty, a także konkretne kwoty zapisane po stronie tych, którzy na prywatyzacji zyskali kokosy, jak i tych, którzy wskutek niej stracili skromny dorobek życia, podstawy bytowania, godność, wiarę we własne państwo i w drugiego człowieka.

Po trzecie, jest to książka wymykająca się wszelkim polskim schematom. Napisał ją naukowiec, który od lat konsekwentnie przyznaje się do marksizmu i sympatii lewicowych. Tyle tylko, że owa lewicowość nie ma nic wspólnego z postkomunizmem. Tittenbrun krytykował włodarzy partii przed rokiem 1989 z taką samą pasją, z jaką po tej dacie poddawał surowej ocenie liberalnych doktrynerów, posolidarnościowych biznesmenów oraz dawną partyjną nomenklaturę, która jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nawróciła się z urzędowego marksizmu-leninizmu na balcerowizm-taczeryzm. Autor „Z deszczu pod rynnę” – sam tytuł książki jest wymowny – jest niezwykle rzadkim w Polsce przykładem analityka, który z lewicowej perspektywy poddaje krytyce kapitalizm, a jednocześnie nie idealizuje „komuny” i nie przemilcza kluczowej roli dawnych działaczy PZPR w budowaniu nowego ustroju i czerpaniu zeń korzyści. Gdy w książce goszczą tacy prawicowi specjaliści od prywatyzacji, jak Emil Wąsacz a pod lupę autora trafiają wyczyny Akcji Wyborczej Solidarność, to w kolejnym czy poprzednim rozdziale czytamy o tym, co Polakom i rodzimej gospodarce zgotowały sitwy powiązane ze Stowarzyszeniem „Ordynacka”, jak działała „czerwona pajęczyna” z Ireneuszem Sekułą w roli głównej albo ile publicznych pieniędzy przepłynęło przez ręce „działaczy” z PSL-u.

Lubię to! Skomentuj37 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale