Osoby o liberalnych poglądach lubią powtarzać, że nie ma sensu wymagać prawnej ochrony ludzkiego życia od poczęcia, skoro do momentu urodzenia płód potrzebuje do życia organizmu matki. Ich zdaniem, w pewnym sensie sytuacja płodu różni się tym od człowieka narodzonego, że rzekomo ten drugi jest bardziej autonomiczny. Według nich to porównanie najlepiej uwidacznia różnicę między dopuszczalnością zabiegu przerwania ciąży, a nie dopuszczalnością przykładowego rozjeżdżania Bogu ducha winnych rowerzystów przez kierowcę-psychopatę, który lubuje się w rozjeżdżaniu pieszych.
Już na pierwszy rzut oka argument da się łatwo podważyć. Sytuacja 7-miesięcznego organizmu w łonie matki i dwuletniego dziecka jest w szerszym sensie identyczna. O ile dziecko po porodzie fizycznie nie znajduję się „wewnątrz” organizmu matki, to jego życie jest wciąż uzależnione od dobrej woli innych ludzi. Noworodek pozostawiony sam sobie nie jest w stanie zapewnić sobie pokarmu (tak jak w ciągu życia płodowego), tak jak nie jest w stanie się obronić. Jest bezbronny i jego życie zależy od drugiego człowieka. I szerzej — od społeczeństwa jako wspólnoty.
Jeśli badamy sprawę głębiej, dostrzeżemy, że na kolejnej płaszczyźnie sytuacja człowieka i płodu wciąż jest analogiczna. Jako organizmy biologiczne nie potrafimy żyć w każdych warunkach i nie ma nas bez istnienia konkretnego środowiska, gwarantującego nam rozwój. Człowiek nie jest w stanie żyć ani w wodzie, ani w przestrzeni kosmicznej. Nie możemy żyć bez środowiska zawierającego tlen. Zapytam więc, czy dzieci nienarodzone, które domagają się (do pewnego miesiąca rzecz jasna, w dzisiejszych warunkach materialnych istnieją w końcu inkubatory, a prawdopodobnie w przyszłości pozwolą na przeprowadzenie porodu wyłącznie wewnątrz sztucznych macic) organizmu matki, jako środowiska gwarantującego im przetrwanie, tak bardzo się od nas różnią?
Płód nie jest „autonomiczną jednostką”, bo coś takiego zwyczajnie nie istnieje. „Autonomiczność” jako cecha człowieka jest wyłącznie wyidealizowanym konstruktem myślowym, mającym pokrycie tylko w bardzo rzadkiej klasie przypadków. Rzadkim odstępstwem od normy. Strona postępowa lubi używać nominalizmu pojęciowego jako brzytwy, ucinającej to, co wymyślone, od tego, co istnieje fizycznie, materialnie. My też mamy prawo, zwłaszcza jeśli prawda stoi po naszej stronie.
I tu dochodzimy do sedna. Powyższy argument zasadza się na fałszywej, bo niemającej pokrycia w faktach — zindywidualizowanej antropologii, postrzegającej człowieka jako odizolowany atom, kiedy w rzeczywistości człowieczeństwo ma rację bytu wyłącznie jako część wspólnoty, gwarantującej mu bezpieczeństwo i szanse rozwoju. Człowiek jest osobą o tyle, o ile jest zintegrowaną częścią organicznej wspólnoty, gwarantującej mu wzrost. To wszystko są truizmy, dzięki nauce wiemy dziś, że ludzkość jako gatunek jest młodsza niż samo zjawisko stadności.
Jeśli ktoś uważa, że jako samotny heros przetrwałby graniczne warunki życia i śmierci w książkowym przykładzie dżungli, to mam złe wieści. Większość z nas by umarła. A jeśli coś zwiększyłoby nasze szanse przeżycia, to bliska współpraca w gronie większej grupy. Prawda jest taka, że bez poświęceń dzisiejszych pokoleń i naszych ojców, matek i dziadków nie byłoby ani internetu, na którego kartach piszę te słowa (a wy je czytacie), ani infrastruktury pozwalającej nam na wygodne życie, pozwalające na perorowanie o bioetyce w wolnych chwilach.
85
BLOG
Nie różnimy się niczym od dzieci nienarodzonych — tak samo wymagamy poświęceń drugiego czł
Strona liberalna argumentując za dopuszczalnością aborcji, podkreśla, że płód nie jest organizmem samowystarczalnym, prawna ochrona miałaby być więc rzekomo niesłuszna. Argument ten, oparty na fałszywej, bo zindywidualizowanej wizji człowieczeństwa pomija fakt, że niczym się nie różnimy od dzieci nienarodzonych w tej kwestii.





Komentarze
Pokaż komentarze (1)