Wiem, że dopada głównie młodych ludzi. Wiem, że być może jest etapem przejściowym w młodości. Z absolutną pewnością stwierdzam, ze niektórzy starzy cierpią na niego i długo po trzydziestce.
SPG to coś, co łatwo rozpoznać.
Zadajcie człowiekowi pytanie:
- Czy uważasz, że świetnie nadałbyś się na stanowisko prezydenta?
- Tak. Znaczy, no, nie interesuję się aż tak polityką… nie staje mi wiedzy… ale gdyby już… byłbym świetnym prezydentem.
W miejsce prezydenta możecie wstawić pisarza, reżysera, dziennikarza, muzyka, pandę chińską, walenia, cokolwiek. Chodzi o sam motyw – byłbym świetny.
Szkoda, że brakuje tam zwykle dodania: „Ale nie jestem.”
I należy rozróżniać odpowiedzi prawdziwe od fałszywych, bo se dam rękę uciąć, że od ch**ja pana ludzi odpowie: Nie, ja nie… *spojrzenie na własne stopy* Nie, nie nadaję się na to.
Taa. A coś poza fałszywą skromnością pan sobą reprezentuje?
Nie? Dziwne.
Tacy ludzie zwykle mają problem ze znalezieniem dobrze płatnej pracy, partnera życiowego, darmowej strony z pornolami, ale to wszystko przejściowe i świat niesprawiedliwy.
Gdyż ludzie ci są szczerze przekonani, że są takimi… Van Goghami.
Za życia nie sprzedam ani jednego obrazu, ale… no wiecie, jestem geniuszem.
Nieważne, że pół świata uważa ich za idiotów. To nie dlatego, że są idiotami. To dlatego, że nikt nie poznał się na ich geniuszu.
W rozmowach wykazują subtelnie, acz zauważalnie samozachwyt:
No, ja byłem tu, robiłem tamto, tamto też, wszystko widziałem, niektóre rzeczy dwa razy, znam się na wszystkim i jeszcze na metodzie pozyskiwania widelców z metalu.
Często towarzyszy im fałszywa skromność.
Se bądźmy szczerzy. Skromność zawsze niemal jest fałszywa. Prawdziwa jest pełna obojętności. A ci ludzie o sobie mówią tak:
Nie no, przetłumaczyłem kilka rozdziałów ostatniego HP gdy ludzie tak czekali… tak z nudów… nie dostałem medalu za to, ale przeżyję... śpiewałem zanim mówiłem, biegałem nim chodziłem, wiem, co to są flażolety, historię Polshy znam drobiazgowo…
I nie popełniają błędów. Nigdy. To wy, plebs, wy ich nie rozumicie, cholibka.
Kiedy już im się udowodni metodą zaostrzonego kija logiki, że palnęli bzdurę, nadmiernie podniecając się przepraszają, a między wierszami dają do zrozumienia: No cóż… w tym gąszczu mojej wiedzy to nic dziwnego, że coś się czasem pomyli…
Szukajcie ich wśród dumnych polityków. Szukajcie wśród masowych w swym wytworze i słowach publicystów. Szukajcie wśród pisarzy bez uznania krytyków, szukajcie wśród offowych filmowców, którzy gardzą amerykańskim filmem, a zwłaszcza Avatarem.
Łatwo ich rozpoznać. Uważają za odkrywcze stwierdzenie: Cóż, Kod Leonarda to jedna wielka bzdura, a „Zmierzch” to czysty marysuizm.
Z bólem serca i tyłka przyznaję: zdarzyło mi się wykazywać cechy syndromu w wieku lat piętnastu. Byłam przekonana, że jestem genialną pisarką wierszy, tylko współcześni nie doceniają mojego rimbaudowskiego geniuszu.
Oto moje wiersze z tamtego okresu:
Liść cieniem padł na wody taflę
Słońce przez chmury przebiło.
Nadal ciemno we mnie jest…
… a życie niezafajne zbytnio…
Łapiecie syndrom?
K***a, i do kogo ja to mówię.
Nie, żebym pokazywała palcem PUBLIKOWANĄ Natalię Nowak, której utwory są delikatnie mówiąc, porównywalne do utworów Pana Gładkowa. Wszyscy, którzy uważają jej sztukę za dobrą… niby o gustach się nie dyskutuje, ale o technice może już tak. Te utwory formą nie przedstawiają niemal żadnej wartości, ich treść łatwo podważyć. No, ale co ja tam wiem.
Więc geniusz, to jasne. A podświadomy dlatego, że ludzie ci nie są świadomi tego, jakich błaznów z siebie robią.
A ja zresztą, absolutna fanka Rubensa, i tak nigdy nie mogłam zrozumieć o co chodzi z tym Van Goghiem :D
PS. Na notkę o Korwin-Mikkem sobie poczekacie. Patrzeć nie mogę na tę gazetkę, co ją z Novą na Jasnych Błoniach dostałyśmy. Zbieram się psychicznie.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)