Znalazłam - dzięki Amsternie - ten wywiad w Angorze:
Piotr Cywiński dla „Peryskopu”: Nie ma w Niemczech drugiego adwokata bardziej zaangażowanego w sprawy Polaków
Diabeł z Berlina
Za młodu służył do mszy w gliwickim kościele św. Bartłomieja. Chciał być księdzem. Po wyjeździe z Polski myślał, żeby zostać lekarzem. Dziś jest piekielnie uciążliwym adwokatem. Prowadzi kancelarię w Berlinie przy reprezentacyjnym
Ku’dammie. Znak szczególny: „krecie” okularki i nieco staroświecki garnitur z kamizelką. Nazwisko: Stefan Hambura.
– Pamiętam, jak pakowaliśmy walizki. Byłem rozdarty. Niby się cieszyłem, w końcu jechaliśmy na Zachód, z drugiej strony było mi żal, bo w Gliwicach zostawiałem kumpli z technikum łączności, tam się wychowałem i znałem każdy kamień. Nie znałem za to słowa po niemiecku – wspomina 49-letni dziś Stefan Hambura. Mecenas kłamie. Znał parę niemieckich słów z „Czterech pancernych i psa”: „Hände hoch!”, „Raus”, „Hitler
kaputt”. Jego rodzice rozmawiali w domu po polsku i niemiecku, on tylko po polsku. Gdy bawili się z kolegami
w wojnę, nikt nie chciał być Niemcem. Rodzice latami ubiegali się o wyjazd do RFN. Ojciec stracił nawet za to pracę. W domu zabrakło pieniędzy na życie. Wtedy obiecał bezpiece, że już nigdy nie będzie pisał podań, i odzyskał zatrudnienie, ale pisać nie przestał. W 1978 r. osiągnął to, co chciał. W obozach dla późnych przesiedleńców w Friedland i Unna-Massen młody Hambura dostał do rąk książki do nauki języka niemieckiego, a jego cała rodzina – status wypędzonych.
„Wygnaniec” Hambura rozpoczął nowe życie, ale jego związki z Polską nie osłabły. Odwrotnie. Gdy zaczął studiować prawo w Bonn, poznał w kościele na mszy Grażynę z Warszawy. – Widać Bóg tak chciał… – ironizuje dziś niedoszły
ksiądz Hambura. On ma tylko niemiecki Ausweis, ona tylko polski, ich dzieci podwójne paszporty – z czarnym i białym orłem. Nie wszystkim Polako-Niemcom ułożyło się jak im. Do kancelarii Hambury zgłaszają się różni: młodzi z pogmatwanym życiem imigrantów i starcy szukający rekompensaty za dawne krzywdy. Jedni i drudzy zazwyczaj nie mają pieniędzy. Hambura nie odprawia ich z kwitkiem. Jak w przypadku, który uważa za największą porażkę w swej adwokackiej karierze: przegranego procesu o umożliwienie pewnemu Polakowi kontaktu z synem. – To był lekarz z Polski – wspomina. – W Niemczech został nawet ordynatorem. Ożenił się z pielęgniarką, która później znalazła sobie innego opiekuna dla ich dziecka. Gdy ojcu zakazano rozmawiać z synem po polsku na nadzorowanych widzeniach,
zrobił awanturę. Przez ciągnące się latami procesy stracił zdrowie, pracę i pieniądze. Obecnie ma dużo długów i łatkę psychicznie niezrównoważonego. Hambura próbował to odkręcić – nie wyszło. Chłopiec jest już młodym mężczyzną i może kiedyś sam dotrze do ojca. Nie był to wyjątek. W podobnych sprawach interweniowała w Berlinie nawet
waszyngtońska administracja. Wśród skrzywdzonych rodziców z rozwiedzionych małżeństw są ludzie różnych narodowości. Niemieccy urzędnicy z reguły biorą stronę rodaków. Na tym tle dochodzi niekiedy do aktów desperacji. Gdy Beacie Pokrzeptowicz odebrano dziecko i utrudniano widzenia, porwała je do Polski. Dyskryminowani stworzyli organizację, która z pomocą Hambury wystąpiła do Komisji Petycji Parlamentu Europejskiego, a ta potępiła RFN. – Od tego czasu wzrosło urzędnicze uwrażliwienie, co nie znaczy, że jest idealnie – chwali połowicznie Hambura. Na brukselskim forum pomagał też przy negocjowaniu traktatu akcesyjnego z UE, który zapewnił wyższość polskiego prawa odnośnie do ochrony życia. Jednak pasją mecenasa są sprawy polsko-niemieckie. – Jeśli chcemy mówić o dobrym sąsiedztwie, najpierw musimy zlikwidować patologie – podkreśla. Na dźwięk nazwiska Hambura najsłynniejszej
w Polsce Erice cierpnie skóra. Gdy zawodowa wypędzona żądała odszkodowań za „straty na Wschodzie”, co zaowocowało powstaniem Powiernictwa Pruskiego, Hambura z polskimi kolegami po fachu zaproponowali remanent – kto, ile i komu jest winny. W efekcie powstała głośna lista szkód – od wyliczenia zniszczeń Warszawy, dokonanego
za stołecznej prezydentury Lecha Kaczyńskiego, po rachunek za setki spalonych polskich wsi. Czy reparacyjna kontra wymusiła na rządzie RFN odcięcie się od roszczeń ziomków – trudno orzec; w każdym razie pomogła w odróżnianiu sprawców od ofiar i skutków od przyczyny. Tak samo jak starania Hambury o pielęgnacyjne dodatki dla byłych
więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych. W kwestiach rozliczeń z przeszłością berliński adwokat urósł do rangi
eksperta i doradcy polskich polityków. Mało jest też mediów, które nie sięgały do jego opinii. Nie wszyscy podzielają poglądy Hambury, zwłaszcza gdy w grę wchodzi polityka. Niemiecki mecenas kojarzony jest głównie z polską prawicą.
Senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS), która w odpowiedzi na roszczenia Powiernictwa Pruskiego powołała jego polski odpowiednik, uważa Hamburę za istną podporę w walce o „nasze interesy” i przeciw stawianiu historii na
głowie. – Nie obchodzi mnie, kto jaką partię reprezentuje, tylko stosunek do poruszanych problemów – podkreśla mecenas. Jeśli trzeba, zasiada w studiu Radia Maryja lub TVP, jak niedawno w programie „Warto rozmawiać”, w którym dyskutowano o trudnej sytuacji niemieckich Polaków.
Hambura jest wszędzie i stara się wiedzieć wszystko, zanim inni się dowiedzą. Jedni mają go za dar niebios, drudzy za sprzedawczyka, który porzucił kraj dla czekolady z „Aldiego”, kolejni za prowokatora na pasku BND (niemiecki wywiad),
jeszcze inni za zdrajcę niemieckich interesów, robiącego we własne gniazdo. Mecenas bez tytułów naukowych
wywołuje gorące dyskusje w świecie naukowym, a niektórych polityków i organizacje na zachód od Odry doprowadza do białej gorączki. Pół roku temu zamknięto przed nim drzwi do jednej z fundacji, która organizowała niemiecko-polską konferencję. – Pan nie wejdzie – usłyszał. Aby impreza przebiegła bez stawiania drażliwych pytań, odźwierni trzymali
w dłoniach „listy gończe” – kartki z podobiznami nieproszonych gości, w tym faceta w „krecich” okularach… – Kiedyś redaktor Joanna Cieśla z „Polityki” nazwała mnie Don Kichotem z pogranicza. Ładnie, ale ja nie walczę z wiatrakami. I wygrywam – dorzuca z uśmiechem. Politycy muszą ważyć słowa, dziennikarze muszą zachować obiektywizm, on jest adwokatem i może „walić prostu z mostu”. Czego nie wolno ministrowi, jemu – owszem. Dla szefa dyplomacji może być to nawet przydatne. Radosław Sikorski nawiązał niedawno w wywiadzie dla „Die Welt” do pisma, które Hambura wystosował w imieniu polskich organizacji do kanclerz Merkel. Mecenas umie pisać, ale też umie słuchać. Jak w sprawie rozporządzenia Göringa, który w 1940 roku zlikwidował polską mniejszość, zabrał jej majątek, a działaczy wysłał do obozów koncentracyjnych. – O ich rehabilitację chciała wystąpić stara działaczka berlińskiego „Rodła” Halina Rometzki. Spytałem pewnego dziennikarza, co o tym sądzi, a on podsunął, żebym nakłonił poróżnione polskie organizacje
w RFN do przemówienia w tej sprawie jednym głosem. I udało się… Postulat dotyczący polskiej mniejszości poparły polskie partie od lewa do prawa, kierowana przez Marka Borowskiego Sejmowa Komisja Łączności z Polakami za Granicą, szef Wspólnoty Polskiej Maciej Płażyński, a po początkowych oporach zajęli się tym także rządowi politycy.
20 lat po zawarciu traktatu dobrosąsiedzkiego, po raz pierwszy usiedli przy stole w Berlinie przedstawiciele obu rządów i mniejszości. Sekretarz stanu w federalnym MSW Christoph Bergner przyznał, że są „pewne zaniedbania”. towarzyszenia polskie wciąż bezskutecznie żebrzą u niemieckich władz o należne im wsparcie. Wkrótce ma być opracowany plan działań, żeby było lepiej. Czy będzie? Jak mówi obujęzyczne przysłowie, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Jedno jest też pewne: jeśli sytuacja Polonii w RFN się nie zmieni, mecenas Hambura będzie miał co robić.
PIOTR CYWIŃSKI
publicysta „Wprost”
akredytowany w Berlinie
Ale tez ciekawe jest, co pisała Joanna Cieśla w 'Polityce':
..Popularność Hambury w Polsce, zdaniem jego adwersarzy, bierze się stąd, że mówi to, co ludzie chcą słyszeć. Bo każdy lubi słyszeć, że ktoś powinien mu coś dać. – Jestem przekonany, że w naszym Sejmie jest bardziej ceniony niż w Berlinie – mówi znany profesor. – Gdyby miał wielu klientów, nie zostawałoby mu czasu na inne sprawy. Rzeczywiście, czteroosobowa Kancelaria von Pander&Hambura nie jest na berlińskim rynku szczególnie znana. Nie brak sukcesu zawodowego, ale poczucie misji, żyłka społecznika, instynkt organizatora – tak definiują przyjaciele Hambury jego siłę napędową...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)