Po wojnie słownej pod poprzednim wpisem, zamieszczam uzasadnienie, do czego potrzebne jest planowanie przestrzenne.
Skoro wiemy (bo np. czytamy opracowania GUS i prowadzimy badania), że Warszawa ma zwiększyć liczbę ludności o ileś-tam, jeżeli wiemy (bo patrzymy na plan miasta), że gdzieś są wolne grunty pod zabudowę, to łatwo policzyć (ze znanych wskaźników) ile domów, mieszkań, mieszkańców się tam zmieści.
Łatwo policzyć (ze znanych wskaźników, opartych na badaniach) ile te tysiące ludzi będą potrzebować szkół, przedszkoli, urzędów pocztowych, oddziałów banków, kościołów (jednak niektórzy uczęszczają) itd. Łatwo można przewidzieć, ile samochodów pojawi się na tym terenie: ile będzie co rano wyjeżdżać, co wieczór wracać.
Można wytyczyć odpowiednie drogi i zarezerwować pod nie grunt. Można przewidzieć wprowadzenie na taki teren autobusów, tramwajów, metra (bliskość sprawnego transportu publicznego - metra - podbija u nas cenę mieszkania) Zarezerwować i wykupić grunt. Przewidzieć odpowiednią rozbudowę sieci kanalizacji, wodociągów, energii...
Można na takim terenie zakazać budowy mieszkań tam, gdzie to szkodliwe (np. w pewnej strefie hałasu wokół lotniska, w pasie wzdłuż planowanej autostrady, w sąsiedztwie planowanej oczyszczlni ścieków, spalarni...)
Można na tym terenie wyznaczyć strefy pod zabudowę mieszkalną, w innym miejscu pod przemysł, wyznaczyć tereny, gdzie powinny powstać usługi niepubliczne, zarezerwowac grunty pod usługi publiczne (szkoły, przychodnie).
Można to jeszcze ująć w atrakcyjne, miłe dla oka formy. Przewidzieć osie widokowe, charakterystyczne obiekty na zamknieciu tych osi...
Dzięki temu ludzie chętniej będą się do takiego perspektywicznego miasta wprowadzać, ceny nieruchomości wzrosną, napędzi to koniunkturę.
To wszystko można. To się nawet robi. Ale nie u nas.
U nas władze lokalne zajmują się za to zarządzaniem tysiącem kamienic, niegdyś ukradzionych prywatnym właścicielom. Zaś powstawaniem nowych dzielnic się nie martwią. Ludzie sami sobie zbudują. To jest niby liberalizm? Nie. To chaos.
Uwaga! Ja nie mówię, że miasto ma BUDOWAĆ nowe dzielnice. Nie. Ma je PLANOWAĆ, tak, aby prywatnym właścicielom i ich klientom chciało się je budować prywatnie.
Urzędnicy wolą, gdy nie ma planów: można z każdym inwestorem "indywidualnie negocjować" -- mieć wpływ na kształt inwestycji. A że nie sposób ogarnąć całościowej wizji i wszystkich tych zagadnień o których wspomniałem -- efekty są takie jakie znamy. Pomińmy praktykę "indywidualnych negocjacji" wspomaganych finansowo.
A później taki liberał jest przekonany, że codzienny dojazd w korku na jedynej drodze dojazdowej do miasta jest fantastyczną atrakcją, której ludzie chcą. No chcą -- kupili przecież domki wzdłuż tej drogi. Ale że można (i trzeba było) wytyczyć w okolicy pięć dróg, by tym ludziom łatwiej się jeździło to już się temu panu nie mieści w głowie.
Wobec zaniedbań ze strony miasta, popyt na usługi komunalne kreuje ich prywatne substytuty. Wielkie, grodzone osiedla mają więc prywatne drogi, prywatne służby oczyszczania, prywatną policję (ochronę), prywatne parki; w ich projekt wpisane są obiekty usługowe: kluby sportowe (fitnes), itp. Następna większa droga dzielnica zbuduje sobie zapewne prywatne metro.
Ta "prywatyzacja" miasta bogatych, przy pozostawieniu niewydolnego zarządu publicznego dla biedoty jest charakterystyczna dla Johanesburga, Kalkuty czy Petersburga (współczesnego, nie historycznego).
Takiej Warszawy chcemy?
A "liberałom" którzy każde planowanie utożsamiają z socjalizmem stawiam pytanie -- dlaczego pewne typy zabudowy stał się typowe w UK, inne w USA, inne we Francji? Podpowiedź: może to kwestia pewnego moderowania rynku przez władze?
PS. Problem nie dotyczy tylko Stolicy...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)