W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
142 obserwujących
598 notek
1351k odsłon
  4132   0

Atak na Kapitol, czyli czas Johna Wayne'a.

"Donald Trump doprowadził do tego, co zapowiadał już od dawna: skutecznie podłożył ogień pod amerykański system polityczny. Zrobił to, jak wynika z relacji o jego prywatnych rozmowach, całkowicie "dla sportu”, jak rozwydrzony bachor, bo swoją porażkę wyborczą uznał już ponoć jakiś czas temu".


Tak mniej więcej wygląda światowy przekaz dotyczący zamieszek na Kapitolu.  Po tych zamieszkach sytuacja Trumpa uległa pogorszeniu, media i lewicowi politycy tłuką w głowy ludów świata, że to Trump wywołał zamieszki i wzniecił przemoc w Waszyngtonie poprzez ciągłe, bezpodstawne kłamstwa na temat wyniku wyborów – jak np.  skomentował to w oświadczeniu były prezydent USA Barack Obama. To Trump rozpalił ten ogień - mamy wszyscy  w to wierzyć. Koniec i kropka.


Żeby nie pójść za tą lewicową narracją trzeba mieć dużo odporności emocjonalnej i wierzyć w fakty, rozum, logiczne rozumowanie, a nie w medialną, lewicową propagandę. Mieć odwagę, żeby napisać choćby nieśmiało: tak, Trump ma sporo winy, ale...


Zacznijmy od początku. Gdy Donald Trump wygrał wybory,  przez chyba dwa lata Demokraci bez cienia dowodów opowiadali brednie, że Trumpa wybrał Putin i to za sprawą manipulacji rosyjskich służb specjalnych Trump zwyciężył. Trump miał być właściwe przyjacielem Putina, jego agentem, marionetką - w tych kretyńskich określeniach panowała wszelaka dowolność. Ta kłamliwa narracja była tak zmasowana, że konieczne było śledztwo, prowadzone przez poważne instytucje. Pomówienie, stworzone tak naprawdę  przez wrogie Trumpowi media, mające rangę plotki wg. zasady "powiedziała baba babie w maglu", już wtedy ośmieszyło powagę całego systemu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza, że śledztwo nie dało nawet cienia dowodów na to, co Trumpowi zarzucano. Śmieszność tej groteski widać lepiej, kiedy zrozumiemy poziom hipokryzji tego systemu, kiedy po 4 latach prezydentury Trump na podstawie poważnych dowodów zakwestionował wynik wyborczy w kilku stanach. O jakże - według tych mediów ( i polityków)  została obrażona demokracja. Nie można przecież kwestionować aktu wyborczego, bo to zaprzeczenie demokracji. Taką narrację przyjęły też "niezawisłe" sądy, które albo odmówiły protestom Trumpa postępowań, albo je zamiotły pod dywan.


Gdy lewicowi ideolodzy i uzbrojone bojówki Antify wespół z Black Lives Matter, podpalili pół Ameryki, czego rezultatem były ofiary śmiertelne, podważenie i częściowy demontaż amerykańskiego systemu egzekucji prawa ( policja, prokuratura), oraz utworzenie całych obszarów bezprawia i zbrojnej przemocy w miastach Ameryki,  był to " słuszny bunt, pokojowe protesty obrońców praw człowieka i demokracji". Gdy wkurzeni ludzie zebrali się pod Kapitolem, kiedy tam weszli, to jest to atak "tłuszczy, bandytów i terrorystów", chociaż broni użyli jedynie i tylko funkcjonariusze chroniący to miejsce. Ale to Trump winien jest zamieszek, Trump winien ataku na demokrację , ale już nikt nie mówi i nie pamięta o pochwałach i zachęcaniu bandytów palących amerykańskie miasta, które gęsto padały ze strony Demokratów i samego Bidena.


Trump - i owszem - jest winny. Winny grzechu zaniechania i zadufania we własną "nieomylność", siłę i odporność na brutalne ataki, którymi przez cały czas jego prezydenturę podważano, ośmieszano i degradowano. Najwyraźniej nie docenił siły amerykańskich elit, dla których proponowany przez Trumpa powrót do amerykańskich korzeni, ukształtowanych Deklaracją Niepodległości jest nie do przełknięcia. Slogan "Make America Great Again" stoi im kością w gardle, ale Trump nie potrafił sprawić, żeby się tą kością ostatecznie zadławili. Zabrakło mu determinacji, charyzmy i chyba atrybutów intelektualnych. Temu Trump jest niewątpliwie winny.


Przegrał  i odchodzi w niesławie, czemu jest - co tu kryć - sam sobie winny. Nie zmieni tego fakt, że powoli - przynajmniej niektóre - amerykańskie  media zmieniają narrację i zaczynają się  pojawiać  informacje, że atak na Kapitol podjęli poprzebierani za zwolenników Trumpa przedstawiciele Antify i BLM. Pisze o tym "Washington Times.com" i pewnie wiele portali podchwyci temat. Co oczywiście jest klasyczną "musztardą po obiedzie", ale warto to odnotować przy ocenie tego kto i z jakiego powodu wywołał rewolucję na Kapitolu.


Warto to też uczynić z innego powodu. To, w jakim stopniu "tłuszczę " stanowili terroryści Antify i BLM jest sprawą o tyle drugorzędną, że nie można nie zauważyć tych tysięcy zwykłych ludzi, którzy przyszli pod Kapitol domagać się dokładnie tego, co gwarantuje im Deklaracja Niepodległości - m. in.  suwerenności ludu oraz prawa do rewolucji. Ci Amerykanie, powołując się na idee oświeceniowe, prawo oporu i suwerenność ludu, poczuli się zobligowani do walki  już nie tylko interesy Trumpa, ale o swoje interesy, w ich najgłębszym przekonaniu skradzione przez ekipę Bidena.

Lubię to! Skomentuj183 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka