W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
119 obserwujących
542 notki
1208k odsłon
  1844   0

Pożegnanie z Trumpem

Lektura różnych notek i komentarzy, jakie na Salonie i w ogóle w polskich mediach można przeczytać na temat sytuacji w Stanach Zjednoczonych, powoduje tzw. ziew - mniej więcej taki, jaki wydaje z siebie człowiek obudzony około trzeciej w nocy. Jednostajność tych tekstów wskazuje czytelnikowi, że albo powstają one mechanicznie, bezrefleksyjnie, albo uwarunkowane są w jakiś boleśnie upraszczający sposób wyścigiem, kto bardziej dołoży Trumpowi. Obiektywnej, a co ważniejsze - rzetelnej analizy w tych tekstach jest tyle, co życia w puszce sardynek, nie pisząc już o choćby minimalnym -  wynikającego ze zwykłego "dobrego wychowania" szacunku dla ustępującego prezydenta światowego mocarstwa.


Też nie będę obiektywny. Nie muszę i nawet mi nie wypada. Jako konserwatysta i "prawak", jestem prawie fanatycznym wyznawcą Trumpa, zatem na koniec jego kadencji mogę sobie zrobić małą przyjemność i napisać o Trumpie w samych pozytywach. No, prawie samych, bo tak jak jestem "prawie fanatycznym wyznawcą", to wiem, że nie da się o Trumpie napisać czystej laurki. Nie da się nie sformułować wyrzutów, że nie wszystko robił jak trzeba i nie zrobił tego, co było trzeba. Ale uwielbiałem u Trumpa tę jego przaśną gburowatość, niezgrabność ruchów i łamanie konwenansu przekraczające niekiedy granice dyplomatycznej ogłady. Także jego śmieszną fryzurę i "wieśniacką" czerwoną czapeczkę z daszkiem. Ale przede wszystkim kibicowałem mu za to, że odważył się otworzyć okna w tej zatęchłej lewactwem amerykańskiej oficynie, w której kotłuje się światowa polityka. Za to, że wbrew wszystkim i wbrew wszelkiemu  pragmatyzmowi, odważył się wejść do bagna Washington Swamp i gołymi rękami zaczął rozkręcać rusztowanie, na którym uwija się Deep State, o których większość Amerykanów wie, że istnieją, chociaż w mediach gadają, że to brednie. Z tego punktu widzenia było to wspaniałe pięć lat pomarańczowego populisty, megalomana i "prostaka", któremu zamarzyło się Make America Great Again  (Uczyńmy Amerykę znów wielką). Było - minęło. Wraca to, co zawsze: będzie podle i kłamliwie, ale za to ędzie miło. Będzie można jeszcze długo jeździć po Trumpie, jak po łysej kobyle. "Postępowcy" już pucują klawiatury.


Nie mam złudzeń, że pojawi się  jakaś nowa Szczepkowska, która oznajmi, że 20 stycznia 2021 roku, skończyła się demokracja.  Nie pojawi się, bo na inaugurację kogoś takiego jak Biden, przygotowania trwały latami. Głównym punktem tych przygotowań była ubiegłoroczna fala rozruchów wywoływana przez BLM i Antifę. Napadano i mordowano ludzi, płonęły budynki federalne, obalano pomniki, atakowano funkcjonariuszy. Zginęło kilkanaście osób. Nazywano to pokojowymi protestami przeciwko rasizmowi i brutalności policji. Nikt nie mówił o motłochu, ekstremistach, tylko słusznie i pokojowo protestujących. Władze poszczególnych stanów, czy miast, tam, gdzie nie sięga jurysdykcja federalna, miesiącami nie reagowały na to, że niszczone jest życie i dorobek obywateli. Media, zamiast pokazywać rzeczywistość, weszły w apogeum propagandy ośmieszającej i dyskredytującej Trumpa i wszystkie jego działania. Nigdy w historii USA media nie były tak zaangażowane przeciwko urzędującemu prezydentowi. I od niepamiętnych czasów, nie miały one tak niskiego zaufania amerykanów.  Na tym tle pouczenia ze strony przywódców Europy Zachodniej i szczytowanie, jakoby Biden był gwarancją obrony demokracji w USA, brzmią wyjątkowo obłudnie. Podobnie zresztą jest w Polsce, kiedy to piewcami radości z powodu odejścia Trumpa stają się ci, którzy wiedli tłumy na Sejm i wspierali tak żałosną personę jak Lempart. 


Pierwszy raz w historii Stanów Zjednoczonych, inauguracja "nowego" prezydenta i odejście "starego" pokazuje, że  ukształtowały się tam dwie osobne kultury. Na obrzeżach kosmopolityczna - wielkoświatowa , a wewnątrz konserwatywna, będąca kontynuacją tradycyjnej kultury amerykańskiej. Ta pierwsza wypasła się na postępie globalizacji. Ci miliarderzy nienawidzący Trumpa lepiej znają Londyn, Pekin, Tokio niż środkową Amerykę. Jak mówi prof. Victor Davis Hanson, Amerykę zbudowali niezależni farmerzy i rzemieślnicy, dziś traci się kontakt z ich zdrowym rozsądkiem. Ojcowie Założyciele byli chrześcijanami, dziś słyszymy jak na ulicach amerykańskich miast trzeszczą i płoną zbudowane przez nich fundamenty. Trump odwoływał  się do Ameryki środka, chciał zawrócić dryfujący w niebezpiecznym kierunku okręt.


Nie udało się. Na okręt wdarli się piraci, cali na czerwono. "Kapitan" Biden jest pustym garniturem wypełnionym partyjnym kompromisem między obozem totalnie skorumpowanego skrzydła Partii, oraz dziś dominujących, rewolucyjnych, nihilistycznych marksistów spod znaku m.in wnuczka Ziemi Beskidzkiej, komucha senatora Bernie Sandersa. Kamala Harris właściwie sama przyznaje się do komunistycznych poglądów, w końcu ma z kogo brać przykład. Wiemy (albo wiedzieć powinniśmy) z historii, że najbardziej niebezpiecznym dla świata jest komunizm - maoistowski, bolszewicki i inne świństwa, wykluwające się z obrzydliwego jaja socjalizmu. Komunizm to religia niewierzących. Ostatnio widać, że szamani się obudzili i komunie krowy się ocieliły, bo urodził się nowy, korporacyjny proletariat. Tak, jak rozwój przemysłu (wiek industrialny) zrodził klasę robotniczą, która w/g Marksa miała urodzić powszechną równość i szczęśliwość, tak rozwój technologii środków masowego przekazu w sferze społecznej, stworzył warunki do narodzin nowych motorów przemian, nowej awangardy spod sztandarów gender, LGBT, całego tęczowego szaleństwa, a nawet odwróconego rasizmu. Warto przypomnieć sobie,  jak ruch BLM wykorzystywał ludzkie sumienie i chrześcijańskie poczucie winy (sprawa niewolnictwa). Od jutra zatem, z Białego Domu popłynie szeroki strumień wspracia dla rozmaitych mniejszości jako operatywnego taranu -  żeby osiągnąć upragniony chaos dzięki, któremu można będzie wreszcie rozwalić wyrosłą z chrześcijaństwa znienawidzoną zachodnią cywilizację.


Trump popełnił kilka błędów, które ostatecznie przesądziły o tym, iż to Joe Biden zasiądzie w Białym Domu. Nie docenił Washington Swamp, układów idących w poprzek partii, siły tej gigantycznej korporacji władzy zbudowanej na mediach, firmach prawniczych, lobbystach, specach od propagandy, show-biznesie i urzędnikach administracji federalnej i poszczególnych stanów. Nie zabrał się za wszechwładnych teraz gigantów internetowych, którzy bez żadnego już skrępowania zaprowadzają powszechną cenzurę i decydują czy istniejesz, czy nie. Dlaczego tak? Bo nie umiał zbudować mocnych sojuszy, które byłyby jego oparciem i zapleczem. Zadufany był w sobie i swoim ego, które chyba przerosło zdrowy rozsądek w ocenie realnych możliwości. Walka, chociaż piękna i chwalebna, w pojedynkę była szaleństwem. Ale to szaleńcy wierzą w to, co robią i to czyni ich Wielkimi.

Żegnaj Donaldzie. A może tylko do zobaczenia...




Lubię to! Skomentuj94 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka