W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
131 obserwujących
575 notek
1297k odsłon
  2395   10

Klimatem w suwerenność

Słuchałem niedawno Rafała Ziemkiewicza na jego kanale w YouTube. Wypowiedział dosyć mocny pogląd, że ( cytuję z pamięci) jak Timmermans wdroży swoje klimatyczne bajdurzenie w życie, to nas już nie ma. Nas, czyli Polski, rozumianej jako jeszcze w miarę suwerenne państwo. Podążyłem tropem Ziemkiewicza i doszedłem do ustaleń, które w skrócie omawiam w poniższej notce.

Zacznijmy od definicji suwerenności. Jest to zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy politycznej nad określonym terytorium, grupą osób lub samym sobą. Suwerenność państwa obejmuje niezależność w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych. Suwerenność zewnętrzna - bo ona jest dla nas najbardziej istotna - gwarantuje, że państwo jest niezależne od innych państw w podejmowaniu decyzji. Suwerenność ta polega także na braku możliwości wpłynięcia na państwo za pośrednictwem organizacji międzynarodowych. I tu zaczyna się spór, bo w silnie zglobalizowanym świecie, żadne państwo nie posiada pełnej suwerenności. Polska jest członkiem UE, zatem z chwilą podpisania traktatów, pozbyliśmy się dobrowolnie części suwerenności. Rezultatem tego stanu jest to, że do dziś podmioty polityczne w Polsce nie uzgodniły, ile tej suwerenności oddajemy. Ością niezgody jest interpretacja zapisów traktatowych, co jest szczególnie widoczne w reformie wymiaru sprawiedliwości. Te same kwestie interpretacyjne podnoszone są przez samą UE, która bombarduje nas wyrokami TSUE. Spór przenosi się na wyższy poziom i zaczyna dotykać suwerenności samej UE jako superpaństwa, zdefiniowanego przez Macrona w 2017 roku. Tymczasem w Polsce przeważa pogląd, że UE jest związkiem państw i to wyłącznie one mogą być suwerenne. Ów pogląd, podzielany także w Wielkiej Brytanii, doprowadził do referendum w sprawie Brexitu  i opuszczenie przez Zjednoczone Królestwo europejskiego "kołchozu".


We wstępie wobec Polski użyłem zwrotu "jeszcze w miarę suwerenne państwo". Ale jeżeli spojrzeć na dowolny obszar życia społecznego czy gospodarczego w Polsce, to wszędzie roi się od unijnych regulacji, zakazów, nakazów, dyrektyw i mniej lub bardziej ważnych idiotyzmów wymyślonych przez sowicie opłacanych eurokratów. Nawet za głębokiej komuny, w Polsce istniało coś takiego,jak "Polska Norma" i z tego co wiem, ona rzeczywiście była "polska", nie "radziecka", chociaż oczywiście uwarunkowana realiami. Sowieci położyli na nas żelazną łapę komunistycznego reżimu, ale z całą pewnością nie ingerowali w dosłownie wszystko, jak to ma miejsce teraz. Dlatego moje stwierdzenie jest trochę na wyrost, bo tak naprawdę nie jesteśmy już w "miarę" suwerennym państwem. Polski właściwie już nie ma.


Zostały nam właściwie dwa atrybuty suwerenności. Pierwszy to podmiotowość państwa na arenie międzynarodowej. Państwa demokratycznego, z własną armią i systemem republiki parlamentarno - gabinetowej. Z demokracją parlamentarną, która i tak jest podważana, zatem nikt dziś  nie wie, jak długo ów atrybut przetrwa. Nie można wykluczyć, że wkrótce posłów w Polsce  będzie mianować Komisja Europejska po konsultacji z TSUE. Drugim atrybutem jest względna niezależność energetyczna. Względna, bo nie jesteśmy zupełnie niezależni energetycznie, ale nasze zasoby węgla i z mozołem budowana suwerenność w dostawach ropy j gazu, pozwala nam jako tako radzić sobie energetycznie. Jak ważna jest energetyka dla suwerenności państwa pisać chyba nie muszę. Państwo bez dostaw/zasobów surowców energetycznych i bez infrastruktury energetycznej istnieć nie może, nie pisząc już o jakimkolwiek rozwoju gospodarczym. Gdybym zatem nazywał się np. Timmermans i był nieprzyjazny Polsce ( to tylko przykład, bo przecież pan Timmermans jest oczywiście wielkim przyjacielem Polski ), to zabrałbym Polsce węgiel. Oczywiście węgla fizycznie zabrać się nie da, ale można zakazać jego używania lub wprowadzić horrendalne opłaty za jego używanie. To z tysiąc razy lepsze, niż sto dywizji pancernych i naloty dywanowe - państwo zostaje zaanektowane w try miga: bez strat w ludziach i sprzęcie z absolutną i bezwarunkową kapitulacją.


Ostatniej jesieni, po unijnym szczycie poświęconym projektowi tzw. Zielonego Ładu, czyli dekarbonizacji europejskiej energetyki do roku 2050, premier Morawiecki powrócił, wprawdzie nie cały w skowronkach, ale ukontentowany, że Polska odniosła sukces – wynegocjowała dużo dłuższy termin transformacji. Ale - niestety - kapitulację podpisał, co więcej,  przewodnicząca Ursula von der Leyen ujawniła, że polski premier poprosił jedynie o przesunięcie o kilka miesięcy terminu dołączenia Polski do… dekarbonizacji. Co to oznacza? W obliczu faktu, że dla Polski węgiel to gwarancja bezpieczeństwo energetycznego,, zapewnienie ciągłości dostaw paliw i energii elektrycznej po akceptowalnych cenach, i z którego produkujemy 74 proc. energii dla gospodarki, jest to katastrofa gospodarcza. Skoro godzimy się ( pan premier się godzi) na unijny pakiet klimatyczny, zakładający zmniejszenie dopuszczalnych limitów emisji gazów w sektorach gospodarki w ramach unijnego handlu emisjami, to godzimy się ( pan premier się godzi) na gospodarczą zagładę Polski. Każda polska rodzina wyda 108% więcej na samo ogrzewanie. Do tego wzrosną ceny praktycznie wszystkich produktów (...) Łączny koszt proponowanych regulacji to wiele bilionów euro, które muszą wydać państwa, firmy i zwykli obywatele. Plan #Fitfor55 ( bo o nim mowa)  nie uwzględnia tych wydatków. Proponowane przez KE środki na transformację to ułamek potrzeb. Sumarycznie koszty polskiej transformacji energetycznej wielokrotnie przekroczą kwoty, jakie otrzymujemy i otrzymamy z Unii. A nasze dzieci i wnuki będą pracować na pokrycie rachunków za prąd i ogrzewanie - na michę ryżu może nie wystarczyć.

Lubię to! Skomentuj193 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale