Wygląda na to, że uderzając bez planu i przygotowania, bo takie wrażenie można odnieść, Amerykanie właśnie przegrywają drugą wojnę z rzędu z tym samym przeciwnikiem. A w ramach ,,współpracy” - z tym samym koalicjantem. Drugą, bo dziewięć miesięcy temu przegrali pierwszą, i to pobici identyczną bronią, o czym za chwilę. No a skoro tak źle się dzieje, bo dzieje się źle, jeśli nawet nie bardzo, to znaczy, że albo przywództwo państwa odpowiedzialne za rozpoczęcie działań zbrojnych bez ich wypowiedzenia oraz przywództwo wojskowe nimi zarządzające są do wymiany, albo do wymiany jest koalicjant, który powtórnie w krótkim czasie wmanewrował Jankesów w perską awanturę. A wmanewrował nie dla pożytku Amerykanów przecież, choć za ich pieniądze. Przy czym byłoby najlepiej, gdyby ci ostatni siedzieli na tyłku i robili interesy a nie wojenki, które dla płaconych podatków są workiem bez dna.
Dobrze, to teraz tłumaczę się z tego, co napisałem wyżej.
Otóż planując wojnę - nawet tę wywołaną w cudzej sprawie - musimy zadać sobie podstawowe pytanie: Jakie mamy szansę, aby ją wygrać? A wygrać to znaczy osiągnąć takie cele prowadzonych działań, które – najogólniej rzecz ujmując – zmuszą przeciwnika do respektowania naszych oczekiwań i żądań, eliminując tym samym zagrożenia jakie jego polityka stanowi dla naszych interesów. I tu dochodzimy do sedna, a mianowicie czy mamy taką przewagę nad nieprzyjacielem w technologii, sile żywej i jej wyszkoleniu oraz w zapewnionej pomocy ze strony potencjalnych koalicjantów, która umożliwi realizację naszych celów.
No dobrze, ale jak to wszystko pogodzić z wyborczą zapowiedzią Trumpa o niewysyłaniu żołnierzy na front? A przecież powtórzył ją w kontekście Ukrainy oraz przyrzekł to samo w kwestii działań przeciwko Iranowi – żadnych sił lądowych, które będą walczyć na obcej ziemi.
W takim razie jak wygrać tę wojnę? Bo na przykład w trakcie dwóch interwencji prowadzonych przeciwko Irakowi w stronę Bagdadu musiał przetoczyć się stalowy walec wojsk pancernych i zmechanizowanych. No więc co, tak bez piechociarzy?
Najprostsza odpowiedzią jest skłanianie się sztabów Izraela i USA ku teorii włoskiego generała Giulio Douheta, który zaraz po zakończeniu Grande Guerre wymyślił lub prędzej - wyssał sobie z palca teorię wojny powietrznej. A ta zakładała możliwość wygrania konfliktu tylko przy pomocy działań lotnictwa, które bombardując obszar wroga, w tym cele cywilne, a więc ludność i infrastrukturę zwana krytyczną, złamie wolę oporu i zmusi rząd nieprzyjacielskiego państwa do całkowitej kapitulacji.
No cóż, Włochom udało się wiele interesujących i chwalebnych rzeczy w historii wymyślić, w tym spaghetti, pizzę i lazanię, a także renesans, Leonarda da Vinci i Michała Anioła oraz truciznę Agua Tofana, na które nie narzekamy, jednak militaria – poza zbroją mediolańską i rapierem włoskim – to raczej nie ich specjalność. Działania lotnictwa prowadzone od ponad stu lat nie potwierdziły słuszności teorii Douheta. Niemieckie ataki na otwarte brytyjskie miasta nie zdemoralizowały Anglików ani nie wymusiły na rządzie Churchilla polityki uległości – wręcz przeciwnie. Podobnie masowe bombardowania Niemiec, choć przyczyniły się do upadku III Rzeszy, to nie rzuciły jej na kolana i decydujące działania trzeba było podjąć na lądzie - bez nich ta wojna nie miałaby końca. Tak samo było w przypadku Japonii, gdzie masowe naloty dokonywane przez lotnictwo amerykańskie, ścierające ogniem z powierzchni ziemi całe kwartały japońskich miast, nie złamały woli walki społeczeństwa, cesarza i rządu, i dopiero użycie broni atomowej doprowadziło do zaprzestania oporu. Również i wieloletnie bombardowania Wietnamu nie rzuciły na kolana władz i społeczeństwa małego azjatyckiego kraju, który ostatecznie doprowadził do wyproszenia Amerykanów z Indochin.
A więc nie. Bez względu na rozwój nowoczesnego lotnictwa i przenoszonych przez nie broni, poza jądrową, siły powietrzne same, bez współdziałania z innymi rodzajami wojsk, w zasadzie nie mogą doprowadzić do całkowitej kapitulacji przeciwnika. Piszę ,,w zasadzie”, bo inaczej sytuacja ta będzie przebiegać w państwach demokratycznych, gdzie wynik ofensywy lotniczej może złamać ducha oporu konsumpcyjnych społeczeństw, przy czym niektóre z nich, zaraz po pierwszych detonacjach, gnałyby na łeb, na szyję znad Wisły w stronę Hiszpanii i Portugalii, a kto wie, czy nie wpław dalej. Po prostu skala pielęgnowanych przez nie wartości jest zupełnie inna niż w sfanatyzowanych krajach islamu. I gdy uzmysłowimy sobie, że te ostatnie to na ogół państwa totalitarne, traktujące zamordyzm jako narzędzie ,,społecznej inżynierii” w stylu dla na przykład Europejczyków retro, to zrozumiemy, dlaczego już drugi raz na przestrzeni roku bombardowania Iranu kończą się fiaskiem. No a jeśli amerykańscy politycy i sztabowcy tego nie przewidzieli, to mówiąc słowami Józefa Piłsudskiego: ,,Kury im szczać prowadzać, a nie politykę robić”.
Pytanie drugie przy planowaniu wojny dotyczy możliwości własnych przeciwnika. Mówiąc zaś wprost, musimy sobie uświadomić, czy potencjalny wróg dysponuje jakimiś atutami w ręku, zwanymi z angielska, nomen omen, trump card, które stwarzają poważne zagrożenie dla naszych działań i mogą, jeśli nie roztrzygnąć konflikt na jego rzecz, to zmusić nasze siły do nieprzewidywanego wysiłku. W przypadku Persów takim atutem, nieprzetrzymywanym przecież w rękawie, a więc znanym na ogół światu, który nie żyje na bakier z globusem, jest Cieśnina Ormuz - szlak wodny kontrolowany przez Iran, którym transportuje się 40% ropy naftowej przewożonej drogą morską dla odbiorców niemal całego świata. I nieposiadające broni jądrowej przywództwo tego państwa dysponuje tylko jednym sposobem wygrania wojny – właśnie zablokowaniem Cieśniny. A czy można ich za to winić? Absolutnie nie, bo gra się tym, czym się dysponuje, by wygrać. Dziwić się więc należy, że planując zeszłoroczną i obecna agresję na Iran Waszyngton poczuł się zaskoczony rozwojem sytuacji. A żeby być w tym konkretnym przypadku zaskoczonym, trzeba być niekompetentnym politycznie i militarnie amatorem.
Oto w obliczu zachwiania nie tylko światowej gospodarki, zwyżki cen paliw, co jest na rękę Rosji oraz wizji napędzania inflacji we własnym kraju, która zmiecie republikanów z urzędu, nie ma dobrego sposobu zahamowania skutków wywołanej własną polityką wojny, jak tylko jej zakończenie. Czyli nazywając rzeczy wprost - przegrana. A przecież przerwanie działań zbrojnych nie wynika tylko z przebudzenia się waszyngtońskiej administracji, ale i presji politycznej wywieranej na nią przez inne państwa dotknięte gospodarczo kompletnie nieprzemyślaną i powiedzmy to wprost - rozbójniczą polityką Izraela i Jankesów.
Dziewięć miesięcy temu, w czasie pierwszego starcia, Iran ostrzegł Amerykanów i Izrael o podjęciu kroków w celu zablokowania Cieśniny Ormuz, jeśli ci nie skończą bombardowań. I podziałało. Niby w celu wyjścia z twarzą posłużono się propagandową osłoną zrzucenia wielkiej bomby na podziemny zakład wzbogacania uranu, co miało być rzekomo finalnym i decydującym ruchem zwycięskiego Waszyngtonu, ale nie zmieniało to faktu, że obok hałaśliwej polityki wizerunkowej przycupnęła gdzieś z boku smutna prawda o poniesionej porażce. Co dziwne, media i karmione nimi społeczeństwa łyknęły narrację o bombie, a nie zauważyły, że tak naprawdę, szantażując USA i poniekąd cały świat skutkami zapowiedzianej blokady, Iran odniósł zwycięstwo.
I dziś jest podobnie. Kilkunastodniowe naloty nie złamały Teheranu, a wizja poniesionych kosztów finansowych i społecznych wielkiego desantu, który miałby przejąć kontrolę obszaru Cieśniny, spędza sen z oczu waszyngtońskich macherów. Pozostało straszenie zniszczeniem infrastruktury energetycznej Iranu, którego głównym poszkodowanym jest zawsze ludność cywilna, czyli wypisz, wymaluj powtórka terrorystycznych działań Rosjan na Ukrainie, zaś z tyłu głowy obrazki zawalających się pod uderzeniami rakiet całych kwartałów izraelskich miast.
A zatem nie udało się dokonać pożądanej przez Biały Dom zmiany irańskiego rządu na marionetkowy ani rzucić ten obecny, odradzający się po kolejnych zamachach terrorystycznych eliminujących główne postacie polityki i armii, na kolana. Powstała sytuacja znów wymusza na Amerykanach podjęcie niechcianych negocjacji, które tak naprawdę zaświadczają o poniesionej przez nich porażce. Teraz konieczne jest tylko zamówienie u wybitnych socjotechników najlepszych narzędzi propagandowych, które przekonają własne społeczeństwo - i może nawet te inne też - o odniesionym zwycięstwie. Szok, że część durniów to kupi, bo taka jest historyczna rola durniów.
Źle się z tym czuję, bo z wyboru stałem się obywatelem amerykańskiego państwa, w związku z czym jego porażki są moimi, analogicznie jak jego zwycięstwa podnoszą mnie na duchu. Jednak to nie przegrana, przy czym remis to też blamaż, w wojnie z Iranem stanie się fatalnym skutkiem polityki prowadzonej przez Donalda Trumpa - Ameryka nie z takich problemów się otrząsnęła. Tym fatalnym skutkiem stanie się dopiero następstwo tej porażki w postaci przegranych przez republikanów wyborów do Kongresu a później do Białego Domu, czyli pełny i już niekontrolowany przez Senat powrót demokratów do władzy. Na myśl o zwycięstwie Gawina Newsoma z Kaliforni lub jakiejś odpowiedniczki Kamali Harris - na przykład Alexandrii Ocasio-Cortez, a wraz z nimi powrotu do klimatycznych szaleństw, ideologizowania młodzieży w duchu LGBT, nakłaniania do zmiany płci, wyimaginowanej walki z dyskryminacją i rasizmem pod sztandarem Black Lives Matter, a przede wszystkim kultury wykluczenia, która jest zwykłym zamordyzmem, choć nazwanym zastępczo, robi mi się żal. Żal, że amerykański prezydent, na którego czekałem, wybrany za pieniądze nieamerykańskich sponsorów, spłaca zaciągnięte u nich zobowiązania kosztem interesów własnego państwa i jego obywateli.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)