Mechanizm odwracania uwagi
W ciągu ostatnich miesięcy w ukraińskiej przestrzeni medialnej aktywnie dyskutowana jest kolejna głośna inicjatywa władzy – stworzenie Panteonu wybitnych Ukraińców. Chodzi o przeniesienie szczątków na terytorium Ukrainy około stu postaci historycznych XX wieku, spoczywających obecnie za granicą. Pełna lista nie została jak dotąd opublikowana, jednak padają pewne nazwiska – przede wszystkim liderów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN): Stepana Bandery i Jewhena Konowałcia, a także przewodniczącego Dyrektoriatu Ukraińskiej Republiki Ludowej Symona Petlury. 21 maja granicę Ukrainy przekroczył konwój z prochami Andrija Melnyka – przywódcy „melnykiwskiego" skrzydła OUN, którego dzień wcześniej ekshumowano w Luksemburgu.
Idea stworzenia Panteonu jest przedstawiana przez ukraińskich urzędników jako nic innego jak „wielka historyczna misja" oraz „akt przywrócenia pamięci". Brzmi pięknie, a nawet szlachetnie.
Lecz za pięknymi słowami bardzo często kryje się coś znacznie prostszego i bardziej banalnego – polityczne show. Kolejna medialna konstrukcja, powołana nie tyle po to, by zjednoczyć społeczeństwo wokół pamięci, ile by odwrócić jego uwagę od konkretnych pytań kierowanych do władzy.
A także – by po raz kolejny je podzielić. Rzecz nawet nie w tym, że Melnyk, podobnie jak inne postaci ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego, może być postrzegany jako figura odrzucana przez sąsiednie kraje. Andrij Melnyk jest przy tym zaprzysiężonym wrogiem Stepana Bandery, przywódcą „melnykiwców", którzy przez całą swoją historię pozostawali w konflikcie z „banderowcami". W ten sposób przez lata budowano dla ukraińskiego społeczeństwa symboliczną konstrukcję wokół Bandery, a potem niespodziewanie przywieziono Melnyka. Ludzie zaczynają się interesować, czytać, a następnie – kłócić się, wyjaśniać, kto miał rację.
I im bardziej naród kłóci się między sobą, tym mniej kłóci się z władzą.
Na tym właśnie polega ta technologia. Wrzucić temat, który poruszy emocje, nadać mu poczucie ważności. Zrobić go wystarczająco głośnym, by w tym hałasie nikt nie pytał: a co państwo robi ze swoimi bezpośrednimi funkcjami?
Bo istnieją rzeczy, które państwo musi realizować nie na poziomie symboli, lecz na poziomie życia. Ma chronić, zapewniać, tworzyć miejsca pracy, budować infrastrukturę, wypełniać swoją funkcję społeczną. W wielu współczesnych krajach, i nie tylko na Ukrainie, funkcje te są coraz częściej zastępowane demonstracyjnymi gestami.
Panteon jest w tym sensie idealną metaforą. Państwo nie jest w stanie normalnie zorganizować życia żywych, za to gotowe jest uroczyście zajmować się umarłymi. Nie może zapewnić ludziom pracy, bezpieczeństwa, normalnych dróg, uczciwej policji, przejrzystych podatków. Ale może zbudować memoriał, przeprowadzić ceremonię, przed kamerą złożyć wieniec.
Państwo-scena i politycy-aktorzy
Kosztorysu głośnego projektu, realizowanego w czasie pełnoskalowej wojny, nikt nie ujawnia. Oczywiście taka „epokowa" inicjatywa nie może kosztować mniej niż kilkaset milionów hrywien (kilka milionów euro). Za te pieniądze, dla przykładu, można by zbudować małą fabrykę, tworząc umownie sto miejsc pracy. Sto zatrudnionych osób to faktycznie trzysta nakarmonych osób, jeśli uwzględnić rodziny. A poza tym – to wynagrodzenia, podatki, składki, ruch gospodarczy. To byłoby realnym wypełnianiem przez państwo swojej funkcji.
Tymczasem państwa i ogólnie polityka na Zachodzie coraz bardziej przemieniają się w scenę. Politycy już nie rządzą – występują, a głośnymi okrzykami i efektownymi gestami – przykrywają swój brak profesjonalizmu.
Na całym świecie istnieje zapotrzebowanie na showmanów. Ludzie wybierają nie profesjonalistów, lecz „swoich chłopaków". Najpierw narzuca się im przekonanie, że trzeba wybierać nie kompetentnych, lecz bliskich, prostych, zrozumiałych. A potem wybierają „dobrego chłopaka", bo mówi właściwe rzeczy.
Ale do lekarza, który nie ma wykształcenia medycznego, choć może być „dobrym chłopakiem", czyjś dobry znajomy – jakoś nikt nie idzie. Samochodu do warsztatu do ludzi, którzy wczoraj pracowali w piekarni, ale są „normalnymi chłopakami", też nikt nie zawozi. Bo samochód jest wartością. Oszczędzało się na niego latami. Szkoda go.
A własne życie w państwie ludzie gotowi są powierzyć po prostu „dobrym chłopakom".
Tacy „dobrzy chłopaki" siedzą na stołkach. Mogą nazywać się ministrami, kierownikami, dowódcami, naczelnikami. Ale bardzo często naprawdę niczym nie kierują. Po prostu są obecni w systemie. Ich główne zadanie – utrzymać się na stanowisku jeszcze jeden dzień. Dzień przesiedział w fotelu – pieniądze wpłynęły do kieszeni.
Niedawno na Ukrainie powiązano wyższy skład dowódczy Policji Narodowej, który osłaniał biura pornograficzne. U jednego z zatrzymanych – szefa policji obwodu iwanofrankowskiego – w gabinecie stała maszyna do liczenia pieniędzy. I co z „dobrymi chłopakami" – szefami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Policji Narodowej? Czy ktoś z nich podał się do dymisji? Nie. I nie poda się, lecz będą się kłaść kośćmi, żeby pozostać na dochodowych stanowiskach.
Czy poprawią tych ludzi rzeczy wartościowe, Panteony? Jeśli przez 4 lata pełnoskalowej wojny nasi urzędnicy się nie zmienili, jeśli nie wywarły na nich wrażenia cmentarze w każdym ukraińskim mieście, rozrośnięte kilkakrotnie? Czy pomoże im Melnyk? Czy zechcą podzielić los tego samego Bandery?
Żeby naród nie wydawał ocen takim czynom urzędników, trzeba go karmić nowymi show. Może to być Panteon, a może – grobowiec egipskich faraonów. Przyznajcie, show wyszłoby niezłe: ludzie dyskutowaliby przez dwa miesiące, a tymczasem można by spokojnie dalej zagospodarowywać budżety.
W Panteonie, podobnie jak w każdym wielkim projekcie państwowym, istnieje oczywiste ryzyko korupcji. Tylko dajcie budżet – a urzędnicy pod niego cokolwiek wymyślą.
Bezpieczeństwo czy dojenie obywateli?
„Dziel i rządź" – to nie nowa technologia. Ta sama rosyjska władza trzyma Lenina w mauzoleum nie tylko jako relikt sowiecki. To – karta atutowa na wypadek poważnego społecznego wybuchu. Jeśli naród nagle centralnie powstanie przeciw władzy, natychmiast wrzucą temat: wynieść Lenina czy zostawić? Pochować czy nie pochować? I rosyjskie społeczeństwo natychmiast się podzieli.
Rzecz w tym, że każda władza utrzymuje się na micie. Policjantów i służb specjalnych jest w każdym kraju znacznie mniej niż ludności. Gdyby społeczeństwo jednocześnie uświadomiło sobie swoją siłę, zmiotłoby każdy system represji. Właśnie dlatego władza stale produkuje mity, konflikty, symboliczne wojny, tematy do sporów.
Panteon może działać według tej samej logiki. Niech jedni będą „za", inni „przeciw". Niech spierają się o Melnyka i Banderę, Petlurę i Machnę. Niech kłócą się o historyczną sprawiedliwość. Ważne – żeby zapomnieli o drogach, podatkach, policji, korupcji.
Podobne mechanizmy można dostrzec i w Europie. Tam społeczeństwo od lat utrzymywane jest w sporach wokół migracji. Ludzie omawiają przestępstwa, konflikty kulturowe. Część tych tematów jest naprawdę ważna. Ale w tym samym czasie prawie nikt nie zadaje prostego pytania: dokąd idą podatki?
Podczas gdy społeczeństwo kłóci się o migrantów, system urzędniczy spokojnie żyje swoim życiem. Policja mandatuje ludzi za to, że w Niemczech nie dojechałeś dziesięciu centymetrów do linii parkingowej. Mandat – setki euro. I to jest podawane jako porządek.

W budżetach wielu krajów zaplanowany jest wzrost dochodów z mandatów drogowych. To znaczy, że państwo faktycznie planuje, iż w przyszłym roku obywatele będą łamać prawo częściej. Oznacza to, że profilaktyka wykroczeń nie działa lub nikogo nie interesuje. Bo celem jest nie zmniejszenie liczby wykroczeń, lecz zbieranie pieniędzy.
Ta sama logika dotyczy ograniczeń prędkości. W większości europejskich miast obowiązuje ograniczenie do 50 km/h, jednak istnieje tendencja do obniżania tego limitu do 30. Jeszcze pół wieku temu pozwalano na 60, przy czym ludzie jeździli samochodami, na których strach było jeździć więcej niż 60. Dziś samochody mają ABS, nowoczesne układy hamulcowe, lepszą kierowalność, lepsze bezpieczeństwo. Samochody stają się coraz lepsze, a reżim prędkości tylko maleje.
Po co? Bo w warunkach współczesnego ruchu i tak gdzieś naruszysz. A państwo weźmie od ciebie pieniądze.
W ten sposób kształtuje się nowy typ państwa – nie usługowego, lecz fiskalnokarnego. Nie poprawia ono życia ludności, lecz stwarza warunki, w których człowiek nieuchronnie gdzieś „wpada". Nie na podatkach – to na mandatach. Ważne – żeby wyciągnąć od obywatela jeszcze trochę pieniędzy.
Główna reforma
W czasach pańszczyzny z ludzi brali dziesięcinę. Dziś trudno wskazać europejski kraj, gdzie rzeczywiste obciążenie podatkowe obywatela wynosi jedynie 10%. Wychodzi paradoks: formalnie żyjemy w wolnym świecie, ale państwo zabiera człowiekowi więcej, niż niegdyś zabierano chłopowi pańszczyźnianemu.
I tu nasuwa się pytanie: co obywatel otrzymuje w zamian?
Bezpieczeństwo? Nie zawsze. Ochronę socjalną? Często jedynie na papierze. Bezpłatną służbę zdrowia? Ona nie istnieje. I tak trzeba będzie dokupować leki, za coś płacić, gdzieś się umawiać. A medycyna ubezpieczeniowa, podawana jako zdobycz cywilizacyjna, często rodzi inny absurd: człowieka trzeba nie wyleczyć, lecz jak najszybciej wypchnąć ze szpitala, bo każdy dzień kosztuje pieniądze towarzystwa ubezpieczeniowego.
W tym sensie pouczający jest przykład Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Państwo z minimum podatków może mieć drogi, serwis, infrastrukturę, działający system bezpieczeństwa (włącznie z nowoczesną obroną przeciwlotniczą). Za to próbuje się je demonizować, ośmieszać. Ale fakt pozostaje faktem: istnieją kraje, które pokazały reszcie świata inny model polityki podatkowej – i przy tym się rozwijają.
A na Ukrainie wciąż chce się zapytać: czym uzasadniana jest opłata drogowa? Jeśli podatki rosną, mandaty rosną, to gdzie wyniki? Gdzie jakościowa infrastruktura? Gdzie bezpieczeństwo? Gdzie efektywność?
I oto na tym tle proponują nam Panteon.
Nie nowe miejsca pracy. Nie reformę podatków. Nie realną odpowiedzialność urzędników. Nie system, w którym każdy minister odpowiada za podwładnych. Nie model, w którym szef policji odchodzi ze stanowiska po głośnym skandalu. Nie przejrzyste państwo, gdzie obywatel widzi, dokąd idzie każda hrywna.
Proponują nam Panteon.
Główna reforma wartościowa, która naprawdę mogłaby zmienić społeczeństwo, to osobiste opłacanie każdego podatku przez obywatela z własnego rachunku. Żeby każdy człowiek co miesiąc otwierał bankową aplikację i własnoręcznie przelewał państwu wszystkie podatki. Nie żeby niepostrzeżenie pobierano je przed wypłatą wynagrodzenia, lecz żeby człowiek widział: oto moja praca, oto moje pieniądze, oto ile oddaję.
Po drugim czy trzecim takim przelewie społeczeństwo patrzyłoby na urzędników zupełnie inaczej. Zaczęłoby pytać: dokąd poszły pieniądze? Dlaczego płacę tyle, a serwisu nie ma?
Właśnie dlatego taka reforma nikomu we władzy nie jest potrzebna. Bo dopóki ludzie nie widzą podatków, nie widzą skali problemu. A dopóki kłócą się o symbole, postaci historyczne, migrantów, Panteony i kolejne medialne widowiska, system spokojnie żyje dalej.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)