22 obserwujących
149 notek
157k odsłon
  86   1

Czwartego (i piątego) czerwca - wspomnienia osobiste i nie tylko

Zdjęcie własne, ilustracyjne
Zdjęcie własne, ilustracyjne

Na temat czwartego czerwca napisano bardzo wiele. Jedni z nostalgią wspominają czasy, gdy społeczeństwo jednoczyło się w walce przeciw reżimowi komunistycznemu. Inni idą jeszcze dalej i widzą w czwartym czerwca dzień odzyskania niepodległości. Jeszcze inni – wręcz przeciwnie - „tamten” czwarty czerwca uważają za jeden z ostatnich etapów oddawania przez komunistów władzy w taki sposób by jej tak naprawdę utracić, za to bardziej pamiętają inny czwarty czerwca, kiedy to w pospiesznie obalano rząd Jana Olszewskiego, by nie dopuścić do lustracji polityków.

Zamiast wdawać się w zawiłości polityki postanowiłam podzielić się własnymi wspomnieniami sprzed 32 lat. Wspomnieniami osoby, która nie działała w opozycji (co jej teraz niektórzy wypominają, gdy próbuje dyskutować na tematy polityczne), ale która opozycję popierała i nie miała wątpliwości na kogo głosować. Obok moich własny wspomnień i refleksji zamieszczę również informacje „encyklopedyczne” – o tym jak wcześniej wyglądały wybory w PRL. Dla moich rówieśników lub osób starszych ode mnie może to być zbyt oczywiste, ale dla osób z młodszego pokolenia, a nie wgłębiających się w historię, bez niektórych wyjaśnień mój tekst mógłby być miejscami niezrozumiały. Fragmenty bardziej szczegółowo wyjaśniające sytuację zaznaczyłam na zielono. Starci Czytelnicy mogą je pominąć. 

Miałam 26 lat i były to pierwsze wybory, w których brałam udział. Do tej pory PRL głosowanie miało bardziej charakter plebiscytu. Jeśli głosowało się bez skreśleń oddawało się głos na listę Frontu Jedności Narodu – czyli specjalnie przygotowaną listę złożoną z członków PZPR – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (ci stanowili większość) i stronnictw satelickich – Zjednoczonego Ludowego (ZSL) i Stronnictwa Demokratycznego (SD) oraz innych pomniejszych organizacji. Lista taka zawierała nieco więcej kandydatów niż miejsc, ale brak skreśleń oznaczał oddanie głosów na kandydatów zgodnie z kolejnością na liście, czyli na tych z tzw. "miejsc biorących". Gdyby jednak któryś z miejsca "biorącego" został skreślony przez odpowiednio dużą liczbę głosujących to kandydat  z miejsca "niebiorącego" wszedłby na jego miejsce. Były to jednak rzadkie przypadki, gdyż panowało przekonanie (trudno orzec czy prawdziwe), że komisje odnotowują czy ktoś skreśla czy nie lub czy wchodzi za kotarę, bowiem głosujący bez skreśleń za kotarę nie wchodzili. Poza tym nawet ci kandydaci z miejsc "niebiorących" musieli być zaakceptowani przez władze. Nie było możliwości by w wyborach startowali przedstawiciele autentycznej opozycji.

W związku z czym (przynajmniej w czasach, które lepiej pamiętam) opozycja wzywała do bojkotu wyborów. Tu też panowała opinia, że nieobecność może być odnotowana, a konsekwencją mogło być np. kłopoty z wyjazdem zagranicę  (wniosek o wydanie paszportu do krajów spoza bloku wschodniego trzeba było składać przed każdym wyjazdem, a po powrocie paszport należało oddać do depozytu, nawet więc, gdy ktoś miał paszport władze mogły odmówić mu jego wydania), kłopoty w pracy itp. Trudno powiedzieć na ile takie obawy były uzasadnione. Przypadki odmowy wydania paszportu istotnie miały miejsce, ale też nie była to reguła. Wiele zależało od szczęścia. Zbojkotowałam wybory do Rad Narodowych (samorząd lokalny) w 1984 r. oraz do Sejmu w 1985 r. i problemów nie miałam. Nie zmienia to faktu, że władzy zależało na wysokiej frekwencji, ale radziła sobie w inny sposób – po prostu wynik zawyżała. W latach 70-tych podawana frekwencja zwykle oscylowała wokół 98-99 procent, ale po doświadczeniach „Solidarności” i stanu wojennego, kiedy rzeczą oczywistą było, że lokale będą świecić pustkami oficjalnie podano już „tylko” 78,86% (do Sejmu) (Wybory parlamentarne w Polsce w 1985 roku – Wikipedia, wolna encyklopedia).

Wybory 4 czerwca były zdecydowanie inne, choć też odbiegały od obecnych standardów z uwagi na to, że 65% mandatów przydzielone zostało PZPR i stronnictwom satelickim. Jak to określała władza – wybory były konkurencyjne, ale nie konfrontacyjne. Konkurencyjność polegała na tym, że na każdej z list PZPR, ZSL i SD było kilka nazwisk i należało zostawić jedno, a inne skreślić, można też było skreślić wszystkie, co, jak się okazało, robiono często. Pozostałe 35% mandatów było obsadzane istotnie w wolnych wyborach. Przedstawiciele Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” mogli umieszczać swoich kandydatów tylko na tej liście. Konkurowali oni osobami wspieranymi przez władze, a znanymi głównie z działalności dziennikarskiej, artystycznej, społecznej bądź naukowej, a także z osobami pozostającymi w opozycji wobec władzy, którym jednak było „nie po drodze” z „Solidarnością”. Przykładem tych ostatnich może być Leszek Moczulski kandydujący z Krakowa.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale