Jerzy Buzek przyjedzie jutro nakłaniać (t)-opornych Irlandusów, by się pofatygowali do urny i oddali swój głos na Traktat Lisboński part two. Korzystając z wolnego przedpołudnia (i popołudnia też) przejdę się rzecz całą obwąchać z bliska, choć nie do mnie przyjeżdża Buzek, nie do mnie…
J. Buzek, jako się rzekło, przyjeżdża z misją nakłaniania Irlandczyków, by opowiedzieli się za TL. I tu mi właśnie zasadniczo coś śmierdzi.
Zasadniczo się kłóci. Stoi na głowie.
Czyż nie jest tak, że wolny naród irlandzki sam powinien wybrać dobre rozwiązanie? Że istotą demokracji jest wola narodu? Że urzędnik, z zewnątrz, niechby nawet przewodniczący Parlamentu Europejskiego, po prostu nie możeprzekonywać do konkretnych rozwiązań?!
Każdy urzędnik w Brukseli opłacany jest z podatków euro-obywateli, tfu.
I każdy ma im służyć, a przede wszystkim uszanować ich wolę.
W tym przypadku optowanie za „tak” jest w istocie naruszeniem zasady bezstronności i próbą zewnętrznego, acz bezpośredniego, wpływu na elektorów.
Partie mogą być za czy przeciw. Ludzie – mogą. Publicyści – takoż.
Ale nie szef Parlamentu Europejskiego!



Komentarze
Pokaż komentarze (10)