Anna, zupełnie nie dbając o to, by przy tej świętej niedzieli nie umieszczać wpisów prowokujących do karczemnych bluzgów analizuje dziś sytuację, z którą od lat mamy do czynienia w sferze publicznej. Bo nie chodzi jej wyłącznie o polską piłkę nożną. Chodzi – tak to odczytuję – o panujący w Polsce cynizm i serwilizm; postawy obejmujące środowisko rządzących i dziennikarzy. Jednocześnie Anna staje wpół kroku, jak ta Marusia z „Pancernych”, wskazując chorągiewką drogę, ale… mam wrażenie, że pod swoimi sapagami nie czuje ona drżenia ziemi zwiastującego nadchodzące czołgi. Czy Anna się doczeka?
Postawmy sobie pytanie: - Czy kibic danego klubu bądź ogólniejszy taki – reprezentacyjny – podejrzewając, że PZPN stał się otorbionym nowotworem…, czy zatem kibic taki machnie ręką na swój klub i swoją reprezentację i przestanie kibicować?! Czy powie: zdychajcie beze mnie? Nie machnie, nie przestanie i nie powie. Bo wiąże go z klubem silna więź, powróz spleciony z patriotyzmu lokalnego, tradycji klubu i zwyczajnej miłości do zdarzenia: "piłka na żywo".
Także samo jest w przypadku kibica Polski jako takiej – przypomnijmy tu słowo „patriota”. Patriota taki nie machnie na Polskę tylko dlatego, że dany rząd przynosi szkodę jej interesom i wstyd jej obywatelom. Nie powie: zdychajcie beze mnie! Będzie jej kibicował również mimo rządów, nawet jeśli ocenia je tak, jak chirurg ocenia gangrenę. Będzie też kibicował z poza jej granic, że od razu uprzedzę wąty.
Z tych założeń wychodzą obie organizacje – oto kibice samą już swoją obecnością legitymizują ich istnienie. I zarówno administracja Donalda Tuska jak i PZPN doskonale wiedzą, że kibiców się nie pozbędą. Że kibice ci znieść są w stanie naprawdę wiele w nadziei, że na przykład za 2, 4, 8 lat Polska będzie mistrzem albo choćby zdobędzie jakikolwiek medal. Dlatego ważne są media, bo..., ano właśnie.
Dla administracji rządowej media są ważniejsze, bo kibice państwa i narodu mają okazję raz na jakiś czas daną administrację zmienić. Dlatego to dziś - dzięki mediom - kibice Polski trzymani są na stendbaju; nie wolno przegapić ani jednego dnia, ani jednego tygodnia, by nie przekonywać, że „tamci” mordowali demokrację i standardy, a „my” jesteśmy okej, nawet jeśli to za nami ciągnie się smród, a permanentne pukanie butem w krawężnik wcale od niego nie uwalnia.
Polaka trzyma się w ciągłym rozdygotaniu informacyjnym, czipuje się codziennie postawą „tak, ale…”, przypieka się Europą i mrozi Ciemnogrodem.



Wciska mu się najpierw grilla w ogród i plazmę nad kominek, a potem zostawia z konsekwencją spłaty rat. Jest jak jest, ciężko, ale da się żyć, żeby gorzej nie było, bo ratę trzeba spłacić, dajcie spokój z aferami, ratę trzeba spłacić. I to właśnie jest rola serwilistycznego - w swej części - dziennikarstwa.
Tu zapewne się dowiem, że po co tyle gadać, skoro „patrioci” mogą do cholery się skupić i przegonić nienawistnych aferałów. I mogą i nie mogą. Będąc ostatnio w Polsce ze zdumieniem zauważyłem jak masakrycznie ulice i domy miast i wsi oszpecone są bilboardami, reklamami, obwieszczeniami, ogłoszeniami, szyldami i całym tym syfem. A dostrzegłem rzecz tylko dlatego, że mogłem sobie spokojnie porównać Poznań z Dublinem, Warszawę z Londynem, a mniejsze nasze wioski z miastami do jakiejś nawet zakiszonej wiochy pod Galway. Żyjąc w systemie nie dostrzega się często rzeczy kłujących wprost w oczy. Dlaczego tak jest?! Ano – bo tak już jest i tak chyba musi być! A poza tym – ratę trzeba spłacić! A może zresztą tak ma być?
PZPN ma pozycję absolutnie lepszą – nikt, literalnie nikt nie może fiknąć działaczom z Miodowej, a wszelkie zmiany zachodzące w organizacji są procedowane bez mikrofonów i kamer. W trakcie ogłaszania zmian mają wdzięk – czy ja wiem – raportu Chruszczowa dot. błędów i wypaczeń stalinizmu. I rację ma Anna pisząc: „Nie ma sensu o nic apelować, bo oni niczego nie mogą zmienić, a my (Kibice w tym przypadku) jakimiś apelami o elementarną intelektualną uczciwość do nikogo nie dotrzemy”.
Szkoda, że na tym kończy się jej wpis.
Najzabawniejsze, że „oni” sami dawno już przestali kibicować klubom i reprezentacji. Owszem, bywają na meczu, założą szalik, ale – jedni i drudzy – nawet porównać się nie mogą do najlżejszych emocjonalnie kibiców-pikników. Nawet piknik płaci kasę za bilet, wyrzeka się czegoś, kibicuje komuś. Oni zaś na tym zarabiają, oni kibicują już wyłącznie sobie, oni po prostu sprzedają towar. Komu się da, byle zarobić, byle na ich ratę było. Dlatego rozmowa z nimi nie ma sensu.
Żeby padać zaczęły gole muszą zadudnić czołgi.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)