- A jaka właściwie jest ta twoja Polska? - zaciekawiło się irlandzkie koleżeństwo w Salmonsie na rogu, Dublin 15, gdzie oglądaliśmy zwarcie piłkarskie Słowacja – Irlandia. Oczywiście zapytali tak dla paddzierżanja razgawora, bo już mecz był w obie strony obgadany i trzeba było na gwałt o czymś jeszcze pogadać, żeby żonie przedłużkę w barze potem wytłumaczyć „poważną dyskusją, która się przeciągnęła”.
(Zastrzeżenie jest tu takie, że moje dobre irlandzkie chłopaki w Polsce nie byli, bo mają od dłuższego już momentu odwrotnie proporcjonalny stosunek czasu do funduszy, a wcześniej się nie złożyło.)
- No, jaka jest, tak bez fukapów...?
- Kiedyś ludzie nie wiedzieli ile waży Ziemia i jak w ogóle daleko jest od Słońca i Kiężyca... - zacząłem, ale obrzucili mnie wyzwiskami, że mam opowiedzieć jaka jest Polska, a nie historyjki z Małego Księcia.
- Nie wiedzieli i postanowili się dowiedzieć... - nie zraziłem się. - I zrobili, zresztą głównie Francuzi, wyjazd do Peru, żeby się dowiedzieć...
- No, ale po co do Peru? - wyraził wątpliwość Mark, a ja odparłem, że za bardzo do dziś nie wiadomo dlaczego właśnie tam, ale w tamtych czasach, tak z 280 lat temu, jak Francuska Akademia Nauk dawała kasę na badania, to nikt się nie pierdzielił uzasadnieniami tylko montował ekipę i płynął na koniec świata w celach badawczych.
Kiwnęli głowami, że zrozumiałe jak najbardziej i zaczęli rechotać na wspomnienie jakichś swoich przedsięwzięć z czasów Celtyckiego Tajgera..
- No i było tak, że wsiedli na statek gdzieś we Francji i płynęli, płynęli, płynęli, aż w końcu dopłynęli. Wyładowali się w jakiejś wiosce w tym Peru i od razu pokłócili się z miejscowymi Indianami, którzy wprawdzie ich nie zjedli (heheh hehe hehehe), tylko wygonili obrzucając ich ścierwem i kamieniami. A potem okazało się, że lekarz wyprawy został zadźgany przez kumpla w sporze o miejscową kobietę... - tłumaczyłem.
- No, ale gdzie tu Polska? - zapytał któryś, a ja odrzekłem, że spoko, zaraz będzie i Polska. Zamówiliśmy kolejkę; trzy sajdery, jeden ginesik, a dla mnie hajneken.
- No i na dodatek oczywiście kilka osób zmarło na jakieś choroby, a jeden z szefów tej ekipy, Żąu Godę się nazywał, zakochał się w 12-letniej Indiance i powiedział kumplom z tej miłości, że on zostaje, chrzani wszystko, idźcie sobie sami, mi się tu podoba. Na dodatek ekipa nie mogła zacząć prac przy pomiarach triangulejszyn (?), bo co rusz z Limy przyjeżdżali jacyś ludzie z rządu i nie mogli uwierzyć, że ktoś tu przyjechał z Francji mierzyć coś, jakby nie mieli miejsca u siebie...
- No i co dalej?
- No i dalej to, że nic w sumie nie pomierzyli, bo wszyscy się pokłócili, a część umarła..., słowem: porażka. No ale jeden z nich, a może inny, ale tak samo stuknięty w jakiś czas potem też pojechał mierzyć Ziemię, ale do Indii, bo tam można było namierzyć Wenus na tle Słońca. To mu było potrzebne do tej triangulejszyn... Ale przyszła chmura w tym dniu, co ta Wenus się przemieszczała i gówno zrobił, a nie pomiary... A czekał na taki układ Wenus-Słońce w tych Indiach przez 12 lat.
- Madafaka!
- No.
- Ale gdzie jest ta Polska?
- On, koledzy, ten z Indii się spakował w końcu, po tych 12-tu latach dojechał do Francji, do chaty, żeby sobie odpocząć i opisać, co widział i przeżył. Ale okazało się, że jacyś krewni uznali go za zmarłego, zakosili cały majątek, a z niego zrobili wariata i uzurpatora. Polacy fikają sobie w Polsce i na świecie, czegoś chcą dokonać, jakoś żyć, a jak potem przychodzi co do czego, to okazuje się, że ta Polska właściwie jest nie wiadomo czyja, bo raczej chyba nie ich. Bo kiedy oni pracowali, kiedy prawie do krwi między sobą kłócili sie w tej Polsce i poza nią, napierdzielali sie w Afganistanie, ktoś rozkradł majątek... - zakończyłem patetycznie. - Taka jest!
- Pewnie za bardzo łapczywi jesteście... - mruknął któryś.
Po chwili przyznałem mu rację. Być może jesteśmy zbyt łapczywi. Na zdrowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)