- Dla mnie to był właśnie ten aspekt kampanii, który najbardziej mnie do niej zniechęcił — choć z perspektywy kulturoznawczej czy antropologicznej był jednocześnie fascynujący. To, co dziś obserwujemy, to całkowite odwrócenie ideologii lat 90. Wówczas Polaków przekonywano, że muszą zaciskać pasa, godzić się na wyrzeczenia i wykazać się cierpliwością, bo obrane cele są tego warte - twierdzi.
- Dziś mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym przekazem. Politycy przekonują Polaków, że wszystko już jest – i że możemy mieć jeszcze więcej, bez żadnych wyrzeczeń. A ci, którzy apelują o jakiekolwiek poświęcenia – czy to Komisja Europejska, Stany Zjednoczone, czy instytucje takie jak ZUS, NFZ czy urzędy skarbowe – są postrzegani jako ci, którzy psują zabawę - podkreśla Dymek.
- W tym sensie uważam tę kampanię za wyjątkową. Nie przypominam sobie innej, w której kandydaci nie tylko przekonywali, że Polska może dołączyć do grona najbogatszych państw świata, ale że po prostu jej się to należy — i że może to osiągnąć bez żadnego wysiłku - zaznacza.
- Czuję, że moim obowiązkiem jest przypominać o realnych wyzwaniach: demografii, rosnących kosztach energii, braku technologicznej suwerenności i niezależności. A także o tym, że – wbrew deklaracjom – nasza pozycja dyplomatyczna w ostatnich latach raczej osłabła niż się umocniła - dodaje Jakub Dymek.
- Uważam, że to zupełnie normalne — może to kwestia wieku. Nie przypominam sobie kampanii wyborczej, ani w Polsce, ani na świecie, w której ktoś obiecywał krew, pot i łzy. Zawsze podkreśla się jasną stronę rzeczywistości, mówi o tym, jak dobrze będzie, i kto to wszystko sfinansuje. Natomiast rzadko wspomina się, że ktoś będzie musiał na to zapracować i ponieść koszty. W dojrzałych społeczeństwach wyborcy są tego świadomi. W niedojrzałych — kampania to nie jest moment, żeby im to uświadamiać. Nie sądzę więc, żeby to była szczególna cecha tej kampanii - uważa Rafał Ziemkiewicz.
Więcej na YouTube:




Komentarze
Pokaż komentarze (17)