Wysokie odznaczenia państwowe mają to do siebie, że są bardzo przyjemne. Siedzi człowiek przed kompem i katuje warblade’a i nagle dzwonią do niego albo wysyłają list na czerpanym papierze, że oto ktoś, gdzieś uznał, że jesteś człowieku dostrzeżony, a twoje jakieś czyny albo słowa były cenne i są godne publicznej pochwały.
Żona, dzieci, wnuki i szwagier szacuneczku od razu nabierają, a ty sobie z fajeczki: pyk pyk i skromnie mruczysz, że nie ma w sumie o czym mówić, że każdy na twoim miejscu. I tak dalej.
Mechanizm medalomanii doskonale znany jest od dziesięcioleci. Zaraz na początku lat 30-tych minionego stulecia policja w Wielkopolsce miała sporo roboty, bo wyroiły się z niczego liczne kapituły i organizacje kombatanckie zrzeszające rzeczywistych bądź uzurpacyjnych uczestników Powstania Wielkopolskiego. W związku zaś z tym, że oficjalne odznaczenia państwowe (Medal Niepodległości) relatywnie rzadko przyznawano Wielkopolanom, co bardziej przedsiębiorczy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Latem 1932 roku zarząd nie zarejestrowanego nigdzie Związku Ochotników Wojsk Wielkopolskich powołał kapitułę Krzyża Walecznych Wojsk Wielkopolskich. Jeden z członków zarządu, niejaki Władysław Polski rozesłał na własną rękę kilkadziesiąt zawiadomień o nadaniu krzyża zastrzegając wszakże, że warunkiem jego odebrania jest wpłata 15 złotych tytułem kosztów.
Zgromadził w ten sposób kilkaset złotych i gdyby nie jego pazerność i głupota, to nie znalazłby się w tym tekście. Zamiast zamówić tych 100 medali po złotówce i wysłać nominowanym na zatkanie gęby gość po prostu przestał się do nich odzywać. Zniecierpliwieni powstańcy zawiadomili policję, a policja zdemaskowała pana Polskiego i przekazała go sądowi.
W roku 1934 wybuchła w Poznaniu kolejna afera. Relacja z Przeglądu Codziennego: „…przed niedawnym czasem otrzymali niektórzy obywatele poznańscy szumne kwestionariusze od Kapituły Orderu Wolności i Krzyża Wolności celem wypełnienia ich. (…) Kandydaci do tych odznaczeń nie posiadali się z radości, że nareszcie znalazła się jakaś kapituła, która nie zapomniała o ich zasługach. Podłechtani w swej próżnej ambicji wypełnili czym prędzej kwestionariusz, dołączając nieodzowne 30 złotych na rzekome koszta administracyjno-manipulacyjne, i wysłali go na ręce przewodniczącego „Kapituły” Henryka Strzelczyka w Stajbowie na Górnym Śląsku”.
Strzelczyk zapadł się jednak pod ziemię, a kiedy w końcu go spod niej wydobyto okazało się że organizował medale również dla Ślązaków i Polaków z USA.
Na ogół jednak poznański rynek patriotycznej doceny działał „uczciwie”. Inni członkowie zarządu wspomnianego Związku Ochotników Wojsk Wielkopolskich też handlowali wyróżnieniami kombatanckimi, tyle tylko, że jeśli ktoś zapłacił, to stosowny medal czy dyplom zawsze otrzymywał. „Dyplomy bowiem dawano za pieniądze w knajpie przy kuflu piwa” – co podkreślała skrupulatna poznańska prasa.
Kiedyś podrabiali medale i dyplomy za pieniądze. Dzisiaj dają oryginały za darmo. Ot – postęp.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)