Zauważyłem jakiś czas temu, że w Irlandii panuje absolutna cisza w dwóch, co najmniej zakresach ludzkiej percepcji.
Pierwszym jest brak wrzasków niemowlaków. Przypominam sobie te matki w Polsce, które w panice przewijają niemowlaka, jeśli tragedia osrania wydarzyła się poza domem... A temu jeszcze się z gęby ulewa bebiko czy inna marchewa przemielona z groszkiem, pampers zasrany, odwinąć trzeba go z trzydziestu śpioszków i worków, panika, stary gdzieś poszedł, teściowa z dezaprobatą kręci głową i tylko wkurwia, stary nie dość, że poszedł, to jeszcze zabrał kluczyki od samochodu, ten się drze, nerwy panie, jak cholera, nici z zakupów…
Tutaj jakoś jest tak, że dzieci nigdy nie wrzeszczą. Ba – nie kwikną nawet! Jedzie taki w wózku, girki bose mu wystają, deszczyk przytnie czasem, czaszka najczęściej bez czapki, mama ubrana w różowy dresik gada przez komórkę, a dzieciok, jeśli dość ma wyrobiony odruch chwytny do paszczy wkłada sobie frytkę na starym oleju usmażoną z pobliskiego „tejkełeja”… Cisza!
Naprawdę nie wiem: o co tu chodzi!
Inna rzecz, że jak już taki podrośnie, to odbija sobie czas ciszy w sposób nieznany w Polsce (tu nastoletni ziomale z bloków na dublińskim Santry/Ballymun grają w bardzo grube gry o czym nasi ziomale pod trzepakiem mogą tylko sobie „pomarzyć”).
Druga rzecz – psy.
Na sto psów jeden tylko szczeknie!
Ktoś tam mi wkręcał, że szczeniaki podcinane mają struny głosowe na pierwszym przeglądzie technicznym u weterynarza. Wierzyć w to mi się nie chce, ale – nie szczekają!
Ciekawe dlaczego i czy ma to jakiś związek? Hę?!



Komentarze
Pokaż komentarze