Już mi się przejadło, szczerze wam powiem, wysłuchiwanie co durniejszych polskich polityków jak mantrę powtarzających: - „Najlepsze córki i synowie polskiej ziemi na zmywak albo na budowę jadą do Irlandii czy tam Wielkiej Brytanii. Budujmy Polskę, a nie wyjeżdżajmy…” - i takie tam bzdety. A przejadło mi się z powodu… Piotra Fronczewskiego, aktora, który się ubekom nie kłaniał.
Piotr Fronczewski, aktor znakomity, niepodrabialny, legendarny i w ogóle: uosabiający polską kondycję tego trudnego zawodu nie poddał się szantażowi w latach siedemdziesiątych, kiedy to esbecja zatrzymać mu chciała prawo jazdy za to, że siadł za kółko po pijaku. Nie zgodził się i miał nawet w zaprzyjaźnionym gronie powiedzieć: „Ch…ja, piechotą będę się przemieszczał…” - czy coś w tym sensie i zobowiązania nie podpisał…
Sto, dwieście, tysiąc razy (zanim mi się jeszcze nie znudziło) mówiłem tu w Irlandii przygodnym rozmówcom, że właśnie o to w tzw. walce z komuną przez ponad 50 lat chodziło: by mieć możliwość wyboru. By móc w każdej chwili wziąć z własnej szuflady paszport, bez proszenia się u jakichś urzędasów o coś, co się należy. Czyli o możliwość nieskrępowanego przemieszczania się z miejsca na miejsce. O to, by się nie różnić „na świecie” od Portugalczyka, Szwajcarczyka czy Hiszpańczyka… - no chyba, że wąsem.
Zadaję teraz pytanie: dlaczego nie grzmią moralizatorzy z apelami o to, by Fronczewski, Gajos, Kondrat, Dykiel – by wymienić aktorów pierwszego planu – zarzucili chałturzenie w telewizyjnych reklamach; by banków, funduszy, zupek i czegoś tam jeszcze nie reklamowali?! No – dlaczego? Przecież te banki, fundusze, zupki…- toż to kapitał zagraniczny i wg przeliczników zagranicznych w skali „euro” płacony za występ! Wracajcie na scenę i publiczność za katharsis niech wam płaci i z tego zyjcie!
Im wolno, ich podziwiać można na scenie i w filmie i w reklamie, oni bohaterami są, a my – nie! Oni nawet w szpagacie między „sztuką w filmie” i „reklamą funduszu” zdołają wypowiedzieć się w TV w charakterze autorytetu moralnego, że też wstydu jeden z drugim nie ma. Ale durna kostka rosołowa reklamowana przez aktora nie przeszkadza nikomu; to jest w porządku i nikt nie woła: - Przestańcie aktorzy, reklamy piorą wam mózg, wy pierzecie nam, nie po adeptami kiedyś w świątyni sztuki byliście, by teraz zaufanie widzów spieniężać i kupczyć!”.
Gdzie tam. Nikt nie woła, bo: kasa jest kasa. I kiedy dzisiaj w Dublinie na ekranie TV widzę „Szpicbródkę” stręczącego bank czy fundusz powierniczy to mnie właśnie taka konkluzja - „pecunia non olet” - nachodzi!
No to teraz ja mówię: - A odpierdulta się od nas! – co zresztą zwerbalizował w „Konopielce” Kaziuk czyli aktor Krzysztof Majchrzak nie grający w reklamach.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)