Nie ma śmiechu: Dublin na pewno, a prawdopodobnie inne miejsca na Wyspie też, opanowane są przez różne epidemie. Życiu Polaków one bezpośrednio nie zagrażają, ale z pewnością lżejszym pobytu w Irlandii nie czynią i przypominają polskie stany chorobowe.
Jeden z polskich lekarzy przyjmujących w Dublinie, jak się wydaje, odkrył nową epidemię. Ostatnimi czasy zgadałem się z kilkoma facetami, którzy postanowili go odwiedzić dzięki czemu stali się jego pacjentami. Objawy mieli podobne, a to:
- ból gardła,
- łamanie w kościach,
- zapchany nos i zatoki
- niechęć do optymistycznego postrzegania rzeczywistości, które to objawy właściwe są jednostce chorobowej o nazwie: przeziębienie.
Lekarzem nie jestem, wcisnąć mi można każdą chorobę. Z podobnego założenia wychodzili moi rozmówcy. U wszystkich pan doktor rozpoznał ni mniej ni więcej tylko: astmę oskrzelową. U mnie zresztą też.
Astma oskrzelowa to nie w kij dmuchał, więc każdy zmartwił się srodze i w duchu postanowił mniej palić, zdrowiej się odżywiać słowem: zaprzestać rabunkowej gospodarki własnym, pożal się Boże, organizmem. Niezależnie od tego każdy z nas zapłacił za wizytę oraz otrzymał od pana doktora szkic przyszłego długofalowego leczenia. W perspektywie było oczywiście skierowanie na komplet badań (na okoliczność wspomnianej astmy) oraz zupełnie „do zrealizowania jak najszybciej” wypisane na recepcie leki, które w kilku przypadkach astmatyków nie mieściły się na jednej kartce.
Od razu napiszę, że nie podważam kwalifikacji lekarza. To, że akurat przypadkiem spotkałem się z astmatykami oskrzelowymi oznaczać może, że z takimi widać przebywam i kto wie – choć to nie jest choroba zakaźna – może się i zarażamy each other. Że wszyscy wątpiliśmy w swoją astmę oskrzelową też nie dowodzi niczego, bo chory człowiek zwykł się okłamywać i liczyć na to, że cud się stanie i uniknie kopnięcia w kalendarz.
„Wszystko to być może” - jak pisał biskup Krasicki i nic profanom do tego, by oceniać zalecenia lekarzy, którzy przecież oprócz egzaminów składali przysięgę Hipokratesa.
Jedną rzecz wszakże trzeba napisać i ocenić ją wolno, bo nie jest zastrzeżona dla posiadaczy dyplomu akademii medycznej.
Oto każdy z nas – świeżo upieczonych astmatyków – otrzymał spis leków na recepcie kosztujący w aptece grubo ponad 150 euro. Dodam, że większość wykupiła, bo podając numer pps płaci się „jedynie” 85 euro.
Cena leków i ich zestaw też mogłoby zresztą być zbiegiem okoliczności, gdyby nie fakt, że każdemu z nas pan doktor polecał konkretną aptekę mieszczącą się nieopodal jego gabineciku. Że właśnie „tam i tam” najlepiej zaopatrzyć się w leki, właśnie tam warto zrealizować wypisane przez niego recepty!
Bo zniżki tam macie, a i leków nie zabraknie!
Przypomina mi się film z Chaplinem: jest w nim Chaplin szklarzem, który wstawia w domach wybite szyby. Każdego ranka wyruszając do pracy przodem wypuszcza swojego wspólnika z procą. Zysk jest pewny, podział wieczorem.
Cholera by wzięła takie praktyki!
Z Polski wyjechali, a polskę przywieźli!



Komentarze
Pokaż komentarze (5)