W 5 minut po popuszczeniu w spodnie nie opowiada się o tym zabawnej historyjki zgromadzonym przy stole licząc na to, że oni też właśnie przed chwilą się zesrali. Bo w sumie można już być łajzą powołując się na ukąszenie heglowskie (dla swoich) albo wspominając o tylko-krowie, która nie zmienia poglądów (dla cepów). Ale do tego trzeba lat i struktur.
Zbaraniałem dość mocno w trakcie lektury (http://piotr.miesnik.nowy.salon24.pl/377979.html). Redaktor Faktu pisze w pewnym momencie swojego wywodu:
„Sam przyznaję się do popełnienia w różnych tytułach artykułów, które z perspektywy czasu – oględnie mówiąc – mają wartość zapisków tworzonych w ogólnonarodowej gorączce antykaczyzmu.”.
Przecież ręce opadają po takim wyznaniu.
Jeśli on sam dziś przyznaje (w wolnym tłumaczeniu): „byłem podatnym na wpływy propagandystą, a nie dziennikarzem”, to jakaż siła zmusza go do tego, żeby ludziom jeszcze jakieś swoje przemyślenia serwować i liczyć na to, że ktoś w ogóle przyjmie je serio?!
I kto tu popełnia samobójstwo?
I jeszcze jedno z tegoż wpisu: „…będą mieli pełne frazesów o dziennikarskim obiektywizmie, choć byt ten jest figurą, która w przyrodzie nie występuje”. Rad byłbym poznać szkoły dziennikarskie i dyplomy, na które się redaktor w swoim cv się powołuje. Mistrzów i autorytety rzemiosła. Rad byłbym wreszcie poznać dziennikarską drogę życiową i uzasadnienie dla chęci dalszego nią podążania.
To nic osobistego, tak sobie tylko pytam.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)