Przycwałował w robocie Glen i pyta, co to „lodea”. Poproszony powtórzył. Jeszcze raz poproszony zirytował się mówiąc, że nie znam nazw polskich miast. – Dell przenosi produkcję do tego Lodea – wyjaśnia. – Do Łodzi, The Promised Land, jasne Glenuś, jasne…
A w gazecie jak byk: 2000 ludzi na bruk, choć Patryki liczyły na to, że po kościach się rozejdzie, ale po kościach rozchodzi się najwyżej katar, a nie padaczka. Glen oczywiście pomruczał, że skandal i że odbieramy pracę Irlandczykom już nie indywidualnie i pokątnie jak dotychczas, ale hurtowo i z otwartą przyłbicą. Powtórzył jeszcze dla zapamiętania „Łoć, Łoć” i pognał dalej pohukując.
Traf chciał, że dostałem też mejla od koleżki z Łodzi w tej samej – widać głośno musi być w branży – sprawie. Koleżka się cieszy, bo aplikuje do łódzkiego Della na jakieś tam stanowisko i już sobie nawet skonwertował najniższą płacę w Irlandii (niecałe e 9 /h) na złotówki.
Kolegi z błędu nie wyprowadzam, ale sztandarowe dziecko irlandzkiego przemysłu elektronicznego przenosi się przecież tylko w jednym celu: ciąć koszty. I jeśli dwóm tysiącom ludzi tutaj trzeba wypłacić odprawy w euro, jeśli wszystkie biurka i stoły montażowe mają polecieć do Łodzi, to przecież nie po to, by koleżka zarabiał.
Z drugiej strony sam nie wiem: jakby tak dali e 4/h to by było w Polsce ok.?



Komentarze
Pokaż komentarze (1)