- 55 tysięcy ludzi straci pracę do końca wakacji 2009 – news tej treści spłynął dziś z głośnika radiowego w moim centrum konstruktorskim względnie na zmywaku, jeśli ktoś tak woli, na Blanchardstown. Zaraz też głośnik się rozdygotał wypowiedziami posłów i samego „tiszeka”, bo tak brzmi w j. irlandzkim „premier”.
Powstaje tu pytanie: czy zwalniać będą nas czy sami siebie?
Wydawałoby się, że nas. Zawsze to można się bić w piersi i tłumaczyć, że substancja narodowa, że praca i socjal musi być przede wszystkim dla swojaków i w sumie nikt słowa nie powie jak Polakom czy Słowakom się podziękuje.
– Z jednej miski skwarki równo żarliśmy w czasach urodzaju, nie narzekajcie, ale czasy takie teraz, że sami rozumiecie… - powiedzą nam.
My to oczywiście łykniemy, bo projekcja „a u nas w Polsce jakby tak było, to przecież my tak samo…” i tak dalej, niech każdy sobie dośpiewa wdzięcznym trelem.
Z drugiej jednak strony „my” wciąż mimo wszystko w swej masie zarabiamy gorzej i chcemy mniej. Nam wystarczy słodkie (z naszego punktu widzenia) 4 koma 4 za euro w Polsce. My pracujemy „jak Polak na emigracji”, a nie jak Irlandczyk u siebie!
Przedsiębiorcy irlandzcy zatem - patrząc długofalowo – powinni postawić na nas i na tych nieodzownych – postawią! Bez wątpienia.
Ale rząd – wiedzący przecież doskonale, że weźmiemy jeszcze kąsek w postaci zasiłku dla bezrobotnych wypłacany w proporcjach irlandzkich siedząc już nawet w Polsce – rząd ten, zatem, nie zająknie się o nas. „Klimatu” dla nas stwarzał już nie będzie. Rząd wypłaci nam tę kasę z budżetu. Nawet nie kwiknie. Żeby już nas mieć z głowy i poparcie w kolejnych wyborach.
Dlatego dopiero teraz: „po powrotach nas poznacie”. Kto wrócił, kto nie.



Komentarze
Pokaż komentarze