Uwaga na wstępie:
Art. 8 ust.3 Ustawy o sporcie kwalifikowanym
Minister właściwy do spraw kultury fizycznej i sportu odmawia wyrażenia zgody na utworzenie polskiego związku sportowego, gdy w danej dyscyplinie sportu działa już polski związek sportowy lub gdy wnioskodawca nie przedłoży dokumentów lub nie wykaże spełnienia warunków, o których mowa w ust. 2, albo gdy dana dyscyplina sportu nie znajduje się w wykazie, o którym mowa w art. 10.
Wyobraźmy sobie hipotetycznie taki ekstremalny przypadek. Kibic X zna osobiście Justynę K. oraz Marit B. No dobra, nawet nie tyle zna osobiście ale wie o nich to i owo od sąsiadów, znajomych, znajomych znajomych albo chociaż z książek, prasy czy telewizji. Wie, że jedna z nich jest osobą posiadającą wszelkie walory kojarzące się pozytywnie. Jest miła, uprzejma, kocha rodzinę, pomaga innym, jest skromna, hojna etc. Drugą z nich zna równie dobrze i doskonale wie, że to kolokwializując świnia i postać generalnie podła. Bije swoje dzieci, przyprawia rogi mężowi (już czwartemu z kolei), nie mówi dzień dobry i na dodatek „się wywyższa”. Komu zatem X będzie kibicował?
No właśnie, jeśli pod X będzie się kryło nazwisko Nowak, to Justynie K. jeśli zaś Larsen, to Marit B. I wszystko jasne. Bo jest „nasza”.
Niepojęta jest dla mnie ta kompletna, bezrefleksyjna ślepota na cokolwiek innego niż ta „naszość”. Przecież Justyna Kowalczyk jest równie „nasza” jak dowolny pijaczyna spod monopolu. Nie widzę powodu, dla którego część splendoru bezspornie należnego Justynie Kowalczyk miało by spływać na mnie, podobnie jak i nie zamierzam przejmować części dyshonoru od każdego żula, tylko dlatego, że ma ten sam co ja paszport.
Co jest źródłem tej ślepoty? Źródłem jest oczywiście potrzeba poczucia, że należy się do jakiejś grupy/narodu, której choćby jeden członek dokopał obcym. Państwo to wie i podsyca nacjonalizm nie bez powodu. „Panem et circenses” to maksyma znana od tysięcy lat. Te circenses bynajmniej nie mają być rentowne. Zysk z nich wynikający polega wyłącznie na uciesze gawiedzi, która onanizuje się przy sukcesach „swoich” i klęskach „onych”. Gawiedzi tej wówczas choć na chwilę przysłania to niedostatki innych, istotniejszych dóbr. Państwo wymyśliło to już dawno, a w czasach współczesnych odkryło niejako na nowo. Nie dość, że podnieca tłumy, to jeszcze wydaje na to góry pieniędzy. Pieniędzy tychże tłumów właśnie. Tu mała dygresja. W kontekście Euro2012 nie należy mówić o tym ile Polska na tym zarobi, tylko czy Polskę (Polaków) na to stać. Zdarza się, że krezusi fundują sobie zbyteczne uciechy – ich prawo. Widać Polska ma się za krezusa. Koniec dygresji.
Żeby mieć zabawę pod kontrolą państwo tworzy przepisy, które mu to zagwarantują. Ilu Polaków zdaje sobie w ogóle sprawę z istnienia przepisu przytoczonego na wstępie? Nie wiem czy wiedzą o nim ludzie promujący ideę „koniec PZPN” ale jeśli nie wiedzą, to niech się dowiedzą, że konkurencyjnego związku założyć im nie wolno. Jeśli chcesz być sportowcem, zwłaszcza wybitnym, musisz pocałować państwowy-pański pierścień. Musisz złożyć hołd i zgodzić się na państwowy patronat. Musisz brać udział w cyrku, którego elementem jest chodzenie ze zdobytymi medalami po rozmaitych pałacach prezydenckich i rządowych rautach. Musisz też odpowiedzieć na wezwanie państwa do spłaty długu – w końcu to dzięki państwu osiągasz sukces. Chodzisz więc na prelekcje do gimnazjów (też państwowych) i telewizji (również państwowych lub co najmniej koncesjonowanych) opowiadając jak to fajnie być sportowcem. Państwowym. I kółeczko się zamyka, bo rosną nam kolejne pokolenia nie zadające sobie nawet trudu refleksji czy to w porządku, czy można inaczej?
Jakim prawem to wszystko ja się pytam? Jakim prawem nie wolno dla przykładu mi i kilku sąsiadom założyć swojego związku piłkarskiego? Że FIFA by nas nie przyjęła w swoje szeregi? No i dobrze, niech nie przyjmuje ale dlaczego nie wolno na założyć związku? Może jakoś sobie damy radę, bo wierzymy, że to ma sens. A jak nie damy rady to nasz problem.
Lewiatan pochłania wszystko. Lud to oczywiście kupuje, co nie jest ani pierwszym, ani ostatnim przejawem głupoty ludu. Jest to plaga, która ogarnia praktycznie cały świat. Strategię wzmacniania władzy poprzez sport przyjęły zarówno reżimy skrajnie demokratyczne jak i skrajnie niedemokratyczne. Gdyby „nasz” wygrał pici-polo to choćby lud o tym kimś nie wiedział nic, ani też nie wiedział co to jest pici-polo, to i tak by się cieszył jak głupi do sera. Rząd to oczywiście wykorzysta i jednocześnie podbije bębenka. Istne błędne koło.
Alternatywą jest rzecz jasna sport w formule open. Byłby to normalny biznes (względnie zabawa dla filantropów i amatorów), i stawiam złoto przeciwko orzechom, że poziom sportowy by na tym nie ucierpiał. W pewnym sensie na tych zasadach funkcjonują np. amerykańskie ligi zawodowe w różnych dyscyplinach. Co ciekawe dopiero niedawno ligi te uznały, że warto by uszanować nacjonalistyczną szopkę olimpijską i raczyły zawieszać swoje rozgrywki na czas różnego rodzaju olimpiad. Wcześniej miały to raczej w poważaniu i amerykańskie państwo w sportach drużynowych wysyłało zawodników trzeciego planu.
Do tego oczywiście niezbędna byłaby likwidacja kretyńskich przepisów ale państwo na to nie pójdzie. Dał nam to do zrozumienia nawet naczelny liberał-biznesmen z Platformy Janusz Palikot, stwierdziwszy, że państwo musi brać odpowiedzialność za sport (to akurat w Kawie na ławę).


Komentarze
Pokaż komentarze (1)