Kwietniowe wizyty polskich polityków w Katyniu odbyły się zgodnie z planem.
Lato 2010
Po wielu zabiegach dyplomatycznych dochodzi do potwierdzenia wizyty Prezydenta FR Dmitrija Miedwiediewa w Polsce. Ma to być wizyta na szczycie, podczas której poruszone mają być najważniejsze tematy w ramach gorących stosunków Rosja-Polska. Miedwiediew ma w Polsce spędzić całe dwa dni, spotkać się z Prezydentem Kaczyńskim, Premierem Tuskiem i wieloma innymi. Rząd ogłasza ogromny sukces. Sikorski triumfuje. Pierwsza od lat wizyta Prezydenta FR w Polsce!
Wizytę zaplanowano na końcówkę września. Strona rosyjska tydzień przed wizytą, drogą nieoficjalną, powiadamia jednak polski MZS, że do wizyty nie dojdzie jeśli polska strona nie zgodzi się na specjalną, oficjalną wizytę delegacji rosyjskiej w dawnym obozie jenieckim w Tucholi. Tam, gdzie czerwonoarmiści umierali na tyfus. Poprzez jednego z „naszych” ale już odwróconych agentów ABW przekazują ściśle tajną notatkę, z której wynika, że FSB szykuje na tę okoliczność małe zamieszanie w postaci wybuchu bomby w metrze moskiewskim. Ten incydent ma stanowić potencjalny pretekst do odwołania wizyty (no i przy okazji kilku Czeczeńców można będzie odpalić). W pierwszej chwili Tusk dębieje. Sikorski też. Media jeszcze nic nie wiedzą ale wiadomo, kwestia dni albo i godzin. W powietrzu wisi skandal. Trzeba szybko podjąć decyzję: odpuszczamy sobie (za tydzień powiemy „trudno, może innym razem”), czy jednak kujemy sukces dalej.
Rosjanie, grając po raz kolejny na podziałach w ramach polskiej władzy wykonawczej, nie informują o sprawie Kaczyńskiego. Jego ludzie dostają jednak przeciek od „życzliwych” ludzi z ambasady FR, że potajemnie polski rząd zgodził się na wizytę w Tucholi.
Na szczytach władzy wrze ale w mediach tego jeszcze nie widać. Dzień później do Gazety Polskiej trafia informacja, że rząd szykuje wizytę w byłym obozie jenieckim, i że nie raczył o tym poinformować opinii publicznej. Media podchwytują temat. Robi się gorąco.
O ile jeszcze wczoraj Tusk z Sikorskim zastanawiali się „odpuścić, czy wygrywać to co już mamy”, o tyle dziś nie mają wyjścia. Wiją się zatem w naprędce znajdowanych tłumaczeniach. Mówią, że to nie tak, że to inaczej, że w ogóle jak zwykle Kaczyński jątrzy, że nieodpowiedzialni ludzie próbują zniszczyć sukces itd. Ale w zasadzie potwierdzają: wizyta w Tucholi odbędzie się.
Prezydent Kaczyński mocno protestuje ale jest już za późno. Nie obyło się bez kolejnej wojny na linii duży pałac – mały pałac. Wygrywa polityka odwilży i appeasementu, choć w zasadzie to wygrywa rosyjska dyplomacja.
22 września 2010. Lotnisko wojskowe w Świdwinie.
Od kilku dni trwają gorączkowe przygotowania do przylotu Miedwiediewa. Gościć mają też potomkowie ofiar obozu, delegacja kluczowych parlamentarzystów FR, ludzi kultury i mediów Rosji.
Nie wszystko jednak idzie jak trzeba. Na co dzień lotnisko w Świdwinie nie przyjmuje takich przylotów. Co prawda jest w stanie to zrobić ale praktyki brak. Poza tym szykuje się dramatycznie zła pogoda.
Godzina 9.56. Przy drugiej próbie lądowania dochodzi do katastrofy. Ginie Miedwiediew wraz z 95 innymi osobami znajdującymi się na pokładzie.
Dramat.
W pierwszej chwili nikt nic nie potrafi powiedzieć. Ale już parę godzin później zaczyna się.
Premier Putin kategorycznie żąda wyjaśnień i natychmiastowego utworzenia wokół lotniska eksterytorialnej strefy pod jurysdykcją Rosji. Duma stosuje dezyderat sugerujący skandaliczne zaniedbania strony polskiej. Rosyjscy komuniści, faszyści i inni imperialiści żądają krwi, sugerując wręcz zamach.
Zrozumienie dla żądań Kremla wykazują Angela Merkel, Nicola Sarkozy oraz Barack Obama. Planowane jest utworzenie specjalnej, międzynarodowej komisji pod auspicjami ONZ. Rosjanie żądają jednak więcej. Chcą oddania śledztwa w całości.
Strona polska jest w szoku. Czyni gesty i wyraża żal. Pojawiają się jednak też przeprosiny. Nie da się przecież ukryć, że godzinę po katastrofie pluton żołnierzy przekręcał żarówki wzdłuż pasa startowego, co nagrał komórką jakiś postronny widz. Dość szybko wyciekają też nagrania z rozmów na linii kontroler-pilot, z których wynika, że ze znajomością rosyjskiego u kontrolera słabo. Z angielskim też nie najlepiej (choć tu swoje zrobił pewnie stres). Świat jest w szoku.
Jeszcze tego samego dnia w Świdwinie pojawia się delegacja FSB, które nieformalnie przejmuje dochodzenie…
Co było dalej…? Niestety, brak mi wyobraźni.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)