Krzysztof Osiejuk
Posłuchaj, to do Ciebie
139 obserwujących
1441 notek
4727k odsłon
3384 odsłony

Matka Kurka bije inne dzieci

Wykop Skomentuj71
           Pomyślałem sobie, że skoro znamy się jak łyse konie, a w dodatku wciąż od Was coś otrzymuję, pouczę tu troszkę angielskiego. Nie dużo. Tyle akurat, żeby każdy kto zechce miał tę odrobinę satysfakcji, a z drugiej strony nie zanudził się na śmierć. Otóż mamy w języku angielskim trzy bardzo podobnie brzmiące słowa: „sensibility”, „sensitivity” i „sensuality”. Tak się, proszę sobie wyobrazić, składa, że dwa ostatnie, są znaczeniowo – ale i też życiowo – dosyć podobne, w tym sensie, że „sensitivity” oznacza wrażliwość, natomiast „sensuality” – zmysłowość. Jak idzie już o „sensibility”, to mamy do czynienia z rozumem, i to akurat można przetłumaczyć jako rozsądek.
 
      Tyle jak idzie o lekcję, natomiast ja bym chciał teraz opowiedzieć, skąd mi do głowy przyszedł ów dziwny wstęp do dzisiejszych refleksji. Otóż parę dni temu, w komentarzu pod jedną z moich notek w Salonie24, pewien internauta pochwalił mnie, że ja mam jakąś wręcz niezwykłą intuicję, i on to widzi już od dłuższego czasu. Oczywiście, w momencie gdy przeczytałem tę uwagę, pomyślałem sobie, że jest okay, no bo, jak by nie patrzeć, intuicja to dobra rzecz. Z drugiej jednak strony jak sięgnę pamięcią, wciąż słyszę taką oto opinię, że podczas gdy mężczyźni są mądrzy, to kobiety posiadają intuicję, która im świetnie ów brak rozumu rekompensuje. W tej sytuacji, oczywistym jest, że ów niewątpliwy komplement wprawił mnie jednocześnie w pewien stan niepokoju. No bo, jak mówię, intuicja to rzecz jak najbardziej cenna, ale czy przypadkiem nie chodziło o to, że poza tym to ja już jestem zwykłą blondynką? Blondynką z intuicją?
 
      W tej sytuacji, dzisiejsza notka – uczciwie ostrzegam, że będzie dłuższa niż zwykle – zostanie poświęcona intuicji. Otóż, o ile sobie dobrze przypominam, moja intuicja nie zawiodła mnie conajmniej dwukrotnie. Chyba jeszcze w zeszłym roku, na www.toyah.pl  pojawił się pewien komentator i odstawił najbardziej klasyczny trolling, który sprowadzał się do wrzucania całej serii – autentycznie dziesiątek – mocno, z jednej strony szyderczych, a z drugiej dość starannie obudowanych, niemal identycznych w treści komentarzy – robiących wrażenie jakiegoś na dłużej zaplanowanego projektu. I proszę sobie wyobrazić, że ja wykonując pracę nawet nie techniczną, ale zwyczajnie intelektualną, doszedłem do tego, że ów troll to znany trójmiejski kabareciarz Abelard Giza, no i go ujawniłem. Jak to zrobiłem? Do dziś nie bardzo wiem. Po prostu się bardzo skupiłem i moja kobieca wrażliwość mi to podpowiedziała.  Ale ten Giza to w sumie gówno. Ciekawszy znacznie jest ów drugi przypadek. I znacznie wcześniejszy. 
 
      Pierwszy raz, kiedy jeszcze w czasach mojego debiutu w Salonie24, wśród najbardziej eksponowanych przez Administrację blogerów pojawiło się coś o nazwie „MójPiS”, ”JazPiS-u” czy jakoś tak. Blogerka ta – bo to była dziewczyna – przedstawiła się jako związana emocjonalnie z PiS-em studentka, która oczywiście całym swoim sercem popiera PiS, natomiast bardzo by chciała, żeby między Platformą Obywatelską, a Prawem i Sprawiedliwością zapanowała zgoda, no i żeby nie było tej agresji. Ponieważ ona pisała codziennie, a czasem nawet dwa razy dziennie, a te jej teksty znacznie odbiegały od tego, co się zwykle publikowało w Salonie, Administracja na jej punkcie oszalała do tego stopnia, że w pewnym momencie na jej blogu zjawił się sam prezes Janke i pochwalił ją za wrażliwość i koncyliacyjne podejście do polskich spraw. Z drugiej strony, cała salonowa prawica udała się na jej blog, by jej tłumaczyć, że z tą Platformą naprawdę się nie da, bo Tusk jest rudy, a poza tym, to wszystko są ruscy zdrajcy. No a ja zostałem sam z moim jednoznacznym przekonaniem, że to nie jest żadna studentka, tylko jakiś bardzo perfidny prowokator. Pierwsze więc co zrobiłem to, ile razy ona się pojawiała na moim blogu – a pojawiała się regularnie i raz nawet poświęciła mi swoją całą notkę – ją bezlitośnie gnoiłem, a w końcu zbanowałem. W końcu, kiedy już mniej więcej byłem gotowy, napisałem tekst, w którym przedstawiłem swoją bardzo pogłębioną opinię na temat tej niby tak bardzo wrażliwej pisówki, sugerując, że to jest ktoś typu Matka Kurka, który jedynie odstawia jakiś swój chory eksperyment.
 
      No i proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie owo wrażliwe dziecko się odsłoniło, przyznało, że faktycznie jest Matką Kurką, że wszystko co tu robiło miało tylko na celu wykazanie, jak to pisowska brać jest pełna nienawiści do wszystkiego, co czyste i szczere, Administracja dostała cholery i to konto usunęła, a sam Matka Kurka znienawidził mnie do tego stopnia, że – jak mi donoszą moi ludzie – to napięcie trzyma go do dziś.
 
      Dlaczego, kiedy czytałem teksty tej niby studentki z PiS-u przyszedł mi do głowy bloger Matka Kurka? Otóż przyszedł mi on do głowy z jednego tylko powodu. Uznałem otóż, że nie ma w polskiej blogosferze nikogo tak zdemoralizowanego, a jednocześnie tak utalentowanego, kto by potrafił zrobić coś na tym poziomie. Bo trzeba nam wiedzieć, że to było naprawdę dobre. Jeśli sam Igor Janke się nie zorientował, a ja go bez problemu odsłoniłem, to tylko dlatego, że on był wystarczająco cwany, a ja z kolei od niego znacznie inteligentniejszy. Albo, jak sugeruje wspomniany na początku komentator, miałem tę swoją intuicję. I jestem pewien, że jeśli wciąż, jeszcze do dziś, Matka Kurka nie może się powstrzymać, by mi od czasu do czasu na swoim blogu dokuczyć, to właśnie przez to, że on nie może przeżyć, że wówczas zrobiłem z niego durnia.
Wykop Skomentuj71
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale