Krzysztof Osiejuk
Posłuchaj, to do Ciebie
139 obserwujących
1440 notek
4756k odsłon
  5676   0

Gazownia wzięta, czyli panu Rafałowi z dozgonnym szacunkiem

       Dzisiejszy tekst będzie trochę inny niż wszystkie, ale też okazja nie jest zwykła. Otóż wczoraj wieczorem otrzymałem prywatną wiadomość od Józka Monety, z pewną propozycją, którą Józek złożył mi w imieniu „Gazety Wyborczej”. Rzecz w tym, że w środowisku związanym z „Wyborczą” już od pewnego czasu kiełkowała myśl, by, reagując na pewne dość istotne zmiany na rynku mediów, rozszerzyć ofertę tego dziennika o przekaz ściśle patriotyczny i narodowy. Krótko mówiąc, polski. Oczywiście, podstawowy profil gazety ma pozostać bez zmian, natomiast idea jest taka, by obok tekstów Dominiki Wielowiejskiej, czy Seweryna Blumsztajna, pojawiały się też teksty pisane przez autorów, którzy zyskali już pewną popularność, jako autorzy prawicowi.

      Józek Moneta, jak się okazuje, człowiek zajmujący bardzo mocną pozycję w tym środowisku, zaproponował mi stały felieton, który miałby się ukazywać trzy razy w tygodniu, a nosić ma tytuł „Okiem Toyaha, czyli Bóg, Honor, Ojczyzna”. Długo wahałem się, czy propozycję Józka przyjąć, i jestem przekonany, że wielu czytelników świetnie rozumie moje rozterki. Poglądy moje są szeroko znane, podobnie jak mój stosunek do Adama Michnika i ludzi z jego kręgu. Również, jak mniemam, większość czytelników tego bloga wie, że jestem człowiekiem silnych zasad, dla którego nie ma takiej ceny, za którą warto by było im w jakikolwiek zaprzeczyć. Jestem pewien, że dla każdego nieuprzedzonego czytelnika tego, co tu od tylu lat już prezentuję, jest rzeczą jasną i oczywistą, że takie wartości jak Wiara i Polskość nigdy nie znikną z horyzontu, jaki obejmuje moja twórczość komentatorska. A mimo to wahałem się. Wiedziałem, że z jednej strony moja zgoda na propozycję Józka Monety to jak wejście do jaskini lwa, z drugiej jednak, czyż można, kiedy pojawia się szansa wyjścia z naszymi wspólnymi przecież wartościami, do szerszego odbiorcy; tak prosto i bezmyślnie powiedzieć „nie”?
      To nie były dla mnie łatwe godziny. Tu gdzie dziś jestem czuję się naprawdę dobrze. Mam ten blog, mam swoje grono wiernych czytelników, piszę i wydaję książki, które jakoś się dzięki Bogu sprzedają – czego chcieć więcej? Czyż jednak uznając, że tak jak jest, jest dobrze, nie byłbym jak ów zły i gnuśny sługa, o którym ku przestrodze opowiadał nam Jezus? Czy odrzucając tę propozycję, nie odwróciłbym się od tego daru, którym, dając mi umiejętność składania słów, obdarzył mnie Dobry Bóg, i tym samym nie popełniłbym grzechu zaniechania? Wreszcie, czy mówiąc Józkowi Monecie „nie”, nie obraziłbym drugiego człowieka, kwestionując jego dobrą wolę już niejako z automatu? Doprawdy, ciężkie to były godziny.
      Jak się już wielu z nas domyśla, postanowiłem zaryzykować. Postanowiłem spróbować. Postanowiłem dać sobie, ale może przede wszystkim im – ludziom z tamtej strony politycznej sceny – szansę. Przyjąłem tę propozycję, jednak z bardzo ważnym zastrzeżeniem. W pierwszym momencie, kiedy zobaczę, że redakcja „Gazety Wyborczej” w jakikolwiek sposób będzie próbowała ingerować w moją niezależność – odejdę. Dzień, w którym ktokolwiek zechce cenzurować moje teksty, będzie ostatnim dniem współpracy z tym dziennikiem i z tym środowiskiem. Powtarzam – jeśli tylko stwierdzę, że nie jestem w stanie realizować tam, na tym obcym przecież dla mnie terenie, nasze wspólne idee i marzenia – odejdę. I nie zatrzyma mnie nawet propozycja zwiększenia mojego honorarium, które, przyznaję uczciwie, już teraz nie jest tak małe. Dlaczego? To proste. Dla kogoś takiego jak ja – liczy się przede wszystkim honor, który nie ma ceny.
      Zapraszam więc wszystkich przyjaciół tego bloga do najbliższego, bo już jutrzejszego wydania „Gazety Wyborczej”. Znajdziecie tam mój najnowszy felieton, w którym podzielę się swoimi refleksjami na temat Katastrofy Smoleńskiej. I jeśli ktoś myśli, że nie będę tam używał słowa „zamach” – nie zna mnie. Proszę pamiętać: od jutra „Gazeta Wyborcza” również dla nas, a kto wie, jak będzie w przyszłości. Przyczółek został wzięty.
    Niecierpliwie czekam na komentarze i jestem głęboko przekonany, że nikt mi nie powie, że jestem równie zakłamany jak Rafał Ziemkiewicz. W końcu, powinniśmy się trzymać razem, i się nie atakować. Dla dobra naszej wspólnej, polskiej sprawy.
Lubię to! Skomentuj212 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale