Jednym z podstawowych wyznaczników wyższej świadomości ekologicznej i zaawansowania w myśleniu o społeczeństwie jest w krajach Europy Zachodniej powszechność rowerów w miastach. Pod tym względem jesteśmy daleko w tyle, choć z roku na rok jest coraz lepiej, coraz więcej ludzi kupuje rowery i porusza się nimi po miastach w sezonie wiosennym, letnim, jesiennym, a nawet zimowym.
Nijak za to mają się do obrazu prawdziwego Europejczyka przypadki osób, które nie dość, że nie uznają innego środka komunikacji, niż samochód, to jeszcze okazują się skończonymi chamami, nie zatrzymując się przed pasami podczas zakręcania, choć piesi i rowerzyści mają zielone. Obrastający w tłuszcz właściciele koni mechanicznych potrafią się jeszcze wydrzeć zza uchylonej szyby: "Nie przejeżdża się na rowerze przez ulicę", jednocześnie prawie rozjeżdżając staruszkę z siatkami. Z wyrazem buty i pogardy parkują te swoje manifestacje stanu posiadania przez cały chodnik lub ścieżkę rowerową. To żywe symbole prymitywnego kapitalizmu bez duszy i mózgu!
Dlatego wydaje się, że potrzebne jest kolejne uderzenie w tę grupę pogardy, po konfiskatach pojazdów za jazdę po pijanemu i obowiązku jazdy całą dobę z włączonymi światłami mijania. Postulat, jaki się teraz pojawia, to wyłączenie zabytkowych centrów naszych miast z ruchu samochodowego. Mieliby tam wjazd wyłącznie mieszkańcy za okazaniem stałych przepustek i samochody dostawcze. Cała reszta, łącznie ze studentami, niech sobie parkuje poza tzw. "pedestrian area" i drałuje na piechotę lub telepie się tramwajem na uczelnię i do pracy. I będzie spokojnie i bezpiecznie. Nareszcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)