To, że papież nie wydał bulli przeciw trenerom rozwoju osobistego, jest według mnie dowodem na tragiczną sytuację w Kościele.
Ostatnio, jako przystało na ćwierć inteligenta, rzuciłem się na promocje książek w jednym z wielkich, niemieckich supermarketów. Przewalając te księgi, od razu spostrzegłem coś, o czym wielokrotnie się przekonuje, ale o czym zwykle po jakimś czasie zapominam. Chodzi o to, że sieci supermarketów i ich wielkie kosze z wymiędlonymi książkami to największe zagrożenie dla wszelkiego typu Empików i innego tego typu modnych księgarni. W tych koszach bowiem, znajduje się taka sama ilość głupot, ale i książek ciekawych jak w sieciowych księgarniach. Zaprawdę powiadam wam że supermarkety mają tą przewagę nad księgarniami, że przychodzi tam masa ludzi, a do tego książki są tanie, czasami w cenie średniej klasy piwa. Nic tylko buszować w książkach i szukać interesujących pozycji. Ostatnio, kupiłem sobie wspomnienia zięcia Breżniewa, książkę niezwykle pretensjonalną, napisaną w chwili upadku CCCP, pełną żalu do tych którzy Kraj Rad rozwalili. Naprawdę, ckliwa to literatura i nawet przyjemna. Była tak tania, że nie zastanawiałem się nawet czy warto to kupować. Choć to oczywiście propagitka betonowych komunistów, tych którym nie w smak była złodziejska pierestrojka, bo mieli ochotę za wszelką cenę utrzymywać Sajuz w jedności, to wydaje mi się ciekawym materiałem porównawczym stanu świadomości bolszewików niskiego szczebla na upadek ich raju. Piszę że niskiego szczebla, choć autor dzięki wżenieniu się w rodzinę genseka był teoretycznie arystokratą sowieckim. Tyle że od razu widać że umysłowością wciąż był agitatorem Komsomołu, albo po prostu takiego udaje.
Zgarnąłem też książeczkę o polskich Piastach, ot żeby sobie czytać w chwilach nudy. Życie i doświadczenie nauczyło mnie, że takie na pierwszy rzut oka słabe i niezbyt głośno rozreklamowane książeczki o wymiarze propagandowym, mają w sobie zawsze coś ciekawego. Zobaczymy co tam wyczytam, a nuż będzie to coś miłego sercu i te de.
Ciekawą książką, którą muszę dokończyć czytać w najbliższym czasie, jest opracowanie dotyczące radzieckiej literatury opisującej czas Wielkiego Października i wojny domowej. Zgarnąłem też sporo innego typu papieru, o którym może skrobnę to i owo tutaj.
Przejdźmy jednak do tematu. Dlaczego kołczing jest nudny? Kupiłem dla brata(w promocji), jedną z biblii tego nurtu myślowego, jakim jest kołczing. Pisząc kołczing mam oczywiście na myśli cały ten ruch samodoskonalenia, tych wszystkich motywacyjnych mówców, wrzeszczących o tym że musisz wcześniej wstawać, "slajtejdżować" i tak dalej i tak dalej. Polska scena kołczingu jest - oczywiście na miarę naszego nieszczęśliwego kraju - pełna mistrzów tej sekty. Mamy ich różnych, począwszy od pozujących na racjonalnych i naukowych, podających sporo tabelek, procentów i nazw amerykańskich instytutów naukowych, a skończywszy na "Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!".
Mamy różnych kołczów, różne odmiany i szczepy.
Szczególnie groźni, są kołczowie-informatycy. Nauczają oni jak programować, robić wszelkiego typu szacherki macherki z komputerem, aby z ciągu na pozór bezsensownych literek i znaczków tworzyć programy. Łączą oni to z ideologią samodoskonalenia, ideologią na wskroś pogańską i groźną, bo robiącą z przeciętnego, tępawego odbiorcy - chama i korpo-szczura.
Ci kołczowie, są niczym doskonali - los perferctos, czyli katarscy mistrzowie, przemierzający Langwedocję i resztę południa słodkiej Francji w XII/XIII wieku, nauczając dziwnych rzeczy, ucząc rzemiosła tkaczy, oraz wciskając kredyty. Naprawdę, to groźne podobieństwo, nieprzypadkowe i prowadzące do niebanalnych wniosków.
Kołczowie zajmują się drenowaniem kieszeni korposzczurów, bezbożnej grupy dorobkiewiczów, którzy nie mają więcej do gadania jeśli chodzi o swój los niż starożytni niewolnicy. W kołczingu bowiem, jak w każdej szanującej się herezji, chodzi o drenaż kieszeni wyznawców, zwiększenie ilości roboczogodzin w roku i usprawiedliwienie ciężkiej pracy ponad siły za marne - lub bez wynagrodzenia. Dowody?
Przypomina mi się historia o tym, jak niejaki Kołcz Majk, człowiek o niejasnych układach i powiązaniach, dał swoim pracownikom szansę na udoskonalenie swoich marnych żyć. Guru stwierdził, że wspaniałym krokiem na drodze do ich kariery zawodowej i samoulepszenia, będzie trwająca bodaj rok, praca za free. Chodzi o to, że mieli harować u niego, za darmolca, a ich nagrodą miało być wyniesione doświadczenie pracy z guru. Kiedy o tym usłyszałem - nota bene - z filmiku innego kołcza, tyle że innego obrządku - mało co nie spadłem z krzesła. Sprytne korposzczury, które zabiłyby za możliwość zarobienia kilku groszy, mamione przez cwaniaka harowały na niego, bez grosza wypłaty. Oczywiście ludzie nie żywią się poranną rosą i nektarem kwiatów polnych, śpiąc pod liściem wielkiego łopianu. Ludzie muszą mieć pieniądze aby żyć. Dlatego, aby sprostać wymogom sytuacji, musieli oni pracować na jakieś drugie etaty, albo - co bardziej prawdopodobne - zapożyczać się w bankach. Nieźle nie?
Możemy rozpatrywać to jako przejaw głupoty ludzi którzy w takie rzeczy wierzą. Możemy śmiać się z tych osłów do rozpuku, możemy kwiczeć na podłodze z tych niedorajd życiowych, wierzących że człowiek z groteskową bródką niczym Lew Dawidowicz Bronsztejn, zmieni ich życie na lepsze. Nie będziemy tego jednak robić, bo to nie jest śmieszne, a straszne. Działanie takich ludzi, ich coraz szersze oddziaływanie na bardzo podatnym gruncie - ludzi po studiach, którzy mają szalone aspiracje i zwykle prócz chamstwa, ani odrobiny charakteru - prowadzi do tego, że obłęd w jakim żyjemy jeszcze się pogłębia. Z jednej strony bowiem mamy oszalałych urzędników bolszewickich, którzy nakładają kolejne i kolejne kontrybucje na społeczeństwo, stosując reżim okupacyjny, a z drugiej nakręcanie sprężyny korpo-niewoli. Z jednej strony, mamy rekwirowanie nam środków do życia, a z drugiej nakręcanie obłędnego mechanizmu, który prowadzi do nieustannego zwiększania ilości roboczogodzin w roku, zmniejszania czasu wolnego, nie mówiąc już o jakichkolwiek przejawach życia duchowego, poza medytacją oczywiście.
W kołczingu, przynajmniej w tym radykalnym nurcie, mamy oczywiście stopnie wtajemniczenia, stopnie dostosowania wiedzy do bogactwa, oraz jakieś inne, zupełnie dziwaczne i diabelnie groźne wirusy myślowe, prowadzące do tego co mówię non-stop:
1. Zwiększenie ilości przepracowanych godzin w roku.
2. Zwiększenie zadłużenia społeczeństwa u banków.
3. Zupełne rozbicie życia religijnego, na które nie ma już miejsca, gdy trzeba robić kesz.
Na koniec, wytłumaczę się czemu kupiłem tą książkę bratu, skoro wiem jakim strasznym zjawiskiem jest kołczing. Zrobiłem to, aby on, swoim w miarę rozsądnym umysłem zrozumiał na jakich żałosnych podstawach jest postawiona ta świątynia samorozwoju.
PS: Zauważcie, jak wielką popularność wśród dzieciarni mają teraz raperzy którzy śpiewają właściwie tylko o swoim bogactwie. Mój najmłodszy brat, biegał ostatnio po domu, drąc się: "Nie ma czasu, czas robić cash! Moim cmentarzem będzie Louis sklep".
Zgroza, czy jakby to powiedział pułkownik Kurtz: "Horror, horror".





Komentarze
Pokaż komentarze (6)