24 obserwujących
426 notek
221k odsłon
  703   2

Spis powszechny i "wymieranie białych"

Andrzej Owsiński

Spis powszechny i “wymieranie białych”

Według ogłoszonych wyników spisu powszechnego, przeprowadzonego w Polsce w 2021 roku, jest nas 38 179 tys., czyli ubyło nas blisko 200 tys. od roku 2019. Wprawdzie z tej liczby można nawet 100 tys. zaliczyć na karb koronawirusa, ale i tak spadkowy trend populacji Polski utrzymuje się nawet od 1997 roku, kiedy to było nas 38,9 mln. Można się spierać, czy było to wtedy i tyle, ale jedno jest pewne: staliśmy się de facto narodem wymierającym. Podobnie jak większość narodów należących do “białych” wg zapewne uroczej młodej osoby Pani Karoliny (sądząc po imieniu zapewne urodzona najdalej w latach osiemdziesiątych).

Mam zasadnicze wątpliwości do podanych liczb ludności Polski, dlatego nie przywiązuję wagi do szczegółów, lecz raczej do trendu. Począwszy od końca ubiegłego tysiąclecia, kiedy to miliony Polaków zostało wygnanych w poszukiwaniu pracy i chleba przez Balcerowicza i jego mocodawców, nie mamy rzetelnej informacji w odniesieniu do rzeczywistej liczby mieszkańców Polski.

Opierając się na informacjach GUS można oszacować, że liczba naszych zarobkowych emigrantów dosięgła 2,5 mln i że wprawdzie obserwujemy ruchy powrotne, jednakże w znacznej mierze ich skutek niwelowany jest przez ciągle istniejącą emigrację, chociaż już w mniejszym wymiarze. Ile z tej liczby osiądzie na stałe za granicą, nie wiemy, wprawdzie szacuje się, że nawet połowa. Jedno jest pewne, nie ma ich obecnie w Polsce, a mając na względzie ich wiek i wykształcenie, stanowią poważny ubytek dla naszej zdolności wytwórczej i rozrodczej.

Mamy nawet do czynienia z takim zjawiskiem że Polki wolą rodzić za granicą (a nie tylko dokonywać dzieciobójstwa, zwanego nie tyle eufemicznie ile oszukańczo “aborcją”). Przy okazji tej wzmianki warto zwrócić uwagę na konieczność uwzględnienia jej przy ocenie problemu naszego przyrostu naturalnego.

Ubytek Polaków uzupełniany jest imigracją zarobkową ze wschodu, a głównie z Ukrainy, nie stanowi to jednak rekompensaty zarówno ze względu na siły wytwórcze, jak i przyrost naturalny.

Największą stratę stanowi uszczerbek dla naszej kultury i tożsamości narodowej, ze szczególnym podkreśleniem ciosu dla polskiej rodziny. Wyróżnialiśmy się dotąd na tle Europy trwałością polskich małżeństw, mimo bolszewickiej demoralizacji prowadzonej przez niemal pół wieku.

Przed wojną przodowaliśmy w Europie w ilości urodzeń, chociaż w przyroście naturalnym per saldo wyprzedzała nas Holandia, ale tylko zawdzięczając niższemu wskaźnikowi śmiertelności. Warto przy tym zauważyć że Niderlandy, jak obecnie oficjalnie się nazywają, były wtedy już krajem zamożnym, co przeczyłoby tezie, że dostatek jest związany ze spadkiem przyrostu naturalnego.

Jako fenomen należy wskazać, że nawet w czasie wojny, mimo koszmarnych warunków, mieliśmy dodatni przyrost naturalny, czym wprowadzaliśmy we wściekłość Niemców.

Tuż po wojnie, chociaż było nas tylko niecałe 24 miliny, rodziło się do blisko 800 tys, dzieci rocznie, mimo że nie mieliśmy ani mieszkań, ani nawet dostatku żywności. Dzisiejsza młodzież ma zupełnie inne podejście do problemu rodziny i posiadania dzieci, nie znaczy to jednak, że jest to postawa bezwarunkowa, Warto przynajmniej spróbować realnej pomocy w pokonaniu przeszkód materialnych, nie mówiąc już o sprawach wychowawczych.

W sunie jest nas w tej chwili nie więcej niż 37 mln, co i tak można uznać za pogląd optymistyczny. Poziom naszych obecnych urodzeń należy zatem odnieść do skorygowanej liczby, uwzględniając głównie zmiany w strukturze wiekowej. Dopiero na tym tle można ocenić rozrodczość Polaków.

Od wielu lat zwracam uwagę na dwa czynniki, wpływające na kształtowanie współczesnej polskiej rodziny, mieszkania dla młodych małżeństw i pożyteczna, godziwie wynagradzana praca. Brakuje cięgle jednego i drugiego.

Wprawdzie wspomniany spis ocenił, że mamy aż 15,2 mln mieszkań, co chyba stanowi światowe osiągnięcie statystyki w zestawieniu z realiami.

W końcu ubiegłego tysiąclecia GUS i Instytut Gospodarki Mieszkaniowej, wprawdzie różnie, ale pośrodkując oceniały stan istniejących mieszkań w Polsce na około 11 mln z czego przynajmniej 20% kwalifikowało się do likwidacji. Budownictwo mieszkaniowe przez dziesiątki lat obracające się wokół 100 tys. rocznie (dopiero za “dobrej zmiany” weszliśmy w poziom 200 tys.) z trudem mogło pokryć ubytki, a nawet optymistyczny GUS szacuje ze jest ich około 14 mln.

W swoim czasie temu zagadnieniu poświęciłem wiele wysiłku, nie tylko traktując je jako podstawowy element rozwojowy w opracowanych programach dla AWS i PiS, ale też i w życiu osobistym, budując dom rodzinny. W związku z tym jestem gotów stawiać “dolary przeciw orzechom”, że realna liczba mieszkań nadających się do zamieszkania nie przekracza w Polsce 13 mln. Gospodarstw rodzinnych mamy podobno 14 mln, wobec tego brakuje nam około miliona i to niezależnie od obecnej koniunktury i ilości pustostanów.

Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo