23 obserwujących
415 notek
218k odsłon
  231   1

Napędzanie inflacji

Andrzej Owsiński

Napędzanie inflacji

Z dużym hałasem oznajmiono nam, że inflacja w skali rocznej wynosi 12,4% i jest najwyższa od 1998 roku. Jak napisałem poprzednio, osoba robiąca stałe zakupy stwierdziła, wbrew temu, że prawdziwa inflacja wynosi nie miej niż 20%, gdyż wynika to z jej praktyki rynkowej

W Polsce, w odróżnieniu od krajów z „lepszej części” UE najwięcej wydatków gospodarstw domowych pochłania żywość – 25,1%, czyli w przybliżeniu dwukrotnie więcej. Nie znaczy to, że jemy więcej, ale po prostu nasze dochody są znacznie niższe. Wg informacji GUS ceny artykułów spożywczych wzrosły o 12,7% i wpływają decydująco na ogólny efekt inflacji, która wykazuje wyjątkową sympatię dla ludzi trunkowych i palaczy, im bowiem zafundowała jedynie 3,9 % wzrostu cen (proszę tylko nie traktować tej wypowiedzi jako zachętę do podniesienia ich cen). Byłoby znacznie lepiej gdyby żywność potaniała przynajmniej do tego poziomu inflacji.

Najwyższy wzrost wskaźnika inflacji wykazują wydatki na transport – 21,1%, na tle podwyższenia cen wszystkich składników tej grupy wydatków wygląda to na przesadę, możliwe, że wynika to z decydującego wpływu wzrostu cen paliw, które, wbrew zapewnieniom pana Obajtka, poszybowały w górę niebotycznie. Tankując LPG miałem do niedawna satysfakcję płacenia za litr paliwa poniżej połowy ceny benzyny. Dzisiaj już tak dobrze nie ma, ale w złotówkach różnica się powiększyła. Najbardziej poszkodowani są „ropniacy”, muszą płacić więcej niż za benzynę, a ja przecież pamiętam jak za PRL cena ropy (2,20 zł/l) była niemal trzykrotnie niższa od ceny benzyny. Co sprytniejsi właściciele dieslów kupowali w POMach nawet po półtora złotego.

Tyle było hałasu na temat obniżania cen paliw i chwalenia się, że jesteśmy najtańsi w Europie, a tymczasem w relacji do naszych dochodów mamy najdroższe paliwo. Wyczytałem, że w Rotterdamie cena tony oleju napędowego wynosi mniej więcej 1 000 USD, w przeliczaniu na polskie niecałe 3 zł/l, doliczając 20% marży i VAT od dodanej wartości otrzymujemy około 3,60 zł/l, czyli połowę obecnej ceny detalicznej. Może zatem lepiej kupować w Rotterdamie niż u pana Obajtka i u wszystkich innych w Polsce?

Bezkarne zdzierstwo to jedna sprawa, ale jeszcze gorzej - dodawanie do tego oczywistych drwin w postaci prezentu „najtańszego paliwa” – zakrawa na sadystyczne upodobania.

Bardziej optymistycznie wygląda druga pozycja najwyższej inflacji: koszty utrzymania mieszkań – 19,5%. Na podstawie moich własnych wydatków mogę stwierdzić, że jest to dużo więcej niż faktyczne opłaty, czego nie należy rozumieć jako zachęty do ich podwyższania. Nie wykluczone, że tak wysoki wskaźnik został osiągnięty na zasadzie wyliczeń wzrostu cen mieszkań i remontów, a nie faktycznie ponoszonych wydatków.

Wątpliwości budzi nie tyle wzrost cen hoteli i restauracji – 14,1%, ile ich udział w wysokości 13,9% ogólnych wydatków, wprawdzie w tytule użyto określenia „i inne”, ale przez wiele lat wskazywano na fakt bardzo niskiego udziału tego typu wydatków w Polsce, co wynika po prostu z ubóstwa polskiego społeczeństwa.

I tu się chyba niewiele zmieniło, bo jak miałem okazję niedawno nadmienić, relacja dochodów przeciętnego Polaka w stosunku do naszego zachodniego sąsiada ciągle oscyluje na poziomie 1/3, (7 tys./euro rocznie do 22 tys.).

Przypominam niezbyt skromnie, że przed blisko trzydziestu laty na tym poziomie szacowałem niemiecki plan włączenia Polski do wówczas jeszcze EWG, a praktycznie niemieckiej Mitteleuropy. (Ale to tylko uwagi na marginesie omawianego problemu.)

Na pocieszenie mogę poinformować, że z mojego grubszego rachunku udziału poszczególnych pozycji w budżecie rodzinnym, wynika nieco niższy wskaźnik inflacji, a mianowicie 11,1%.

Dla ogromnej masy naszego społeczeństwa, u której wydatki na jedzenie i mieszkanie pochłaniają niemal cały dochód, ten wskaźnik nie tylko, że nie jest optymistyczny, lecz wprost zabójczy.

Nie odmawiając poważnego znaczenia poruszonych problemów, a nawet pewnej możliwości odmiennego ich interpretowania, chciałbym zwrócić uwagę na dość istotny czynnik napędzający, inflację jakim jest nastawienie emocjonalne społeczeństwa.

Nieustający hałas wokół tego problemu, a szczególnie głoszenie ze strony oficjalnych czynników, że „będzie jeszcze gorzej”, stanowią znakomity powód żeby rzeczywiście tak było. W moim przekonaniu jesteśmy w stanie nie tylko zahamować, ale nawet zdusić inflację, jednak trzeba zabrać się do ciężkiej pracy, zastosować rozsądne oszczędności, a przede wszystkim natchnąć ludzi duchem optymizmu, wywodzącego się z najwyższej oceny postawy polskiego społeczeństwa.

Wykazaliśmy, nie po raz pierwszy, wbrew pesymizmowi Norwida, że jesteśmy nie tylko wielkim narodem, ale też „zachowującym się przyzwoicie” społeczeństwem. To jednak wymaga ze strony nie dorównujących mu „liderom” podniesienia się na właściwy poziom i zaprzestania traktowania Polaków tak jak niebyt rozgarnięte dzieci. Trzeba przede wszystkim mówić na serio i wiarygodnie.

PS. Muszę ostudzić zadowolenie pogrobowców PRL z powodu ceny ropy – 2,20 zł/l, gdyż było to dyktowane potrzebami produkcyjnymi, przy których korzystali nieliczni posiadacze samochodów osobowych z napędem diesla. Prawdziwe stosunki obrazuje relacja ceny żółtej benzyny 6,50 zł/l, do przeciętnych ówczesnych zarobków w granicach 2,5 tys. zł. Pamiętam zresztą, że na powitanie premier Jaroszewicz oświadczył, że w świecie kapitalistycznym ceny benzyny zwyżkują, a my korzystamy z dobrodziejstwa stałych, sowieckich cen, Ze względu na rosnący dobrobyt w Polsce zwiększa się zapotrzebowanie na benzynę i w związku z tym musimy ropę sprowadzać z krajów kapitalistycznych, gdzie ceny są wysokie. Zmuszeni jesteśmy zatem podwyższyć cenę benzyny z 6,50 do 11 zł/l. Oto jeden z licznych przykładów „dobrodziejstwa” PRL.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka