0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  1779   0

Marek Krajewski o Wrocławiu i Lwowie

Łatwiej jest popełnić zbrodnię w Bay City czy w Breslau?

- Dobre pytanie, odwołanie do Chandlera. To porównanie do Bay City jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ponieważ Chandler jest moim mistrzem, uważam go za wirtuoza literackiego, którego maestrii nigdy nie osiągnę.

- Wracając do pytania: jaka jest zbrodnia w Breslau, w odróżnieniu od zbrodni w Bay City, w Paryżu, Moskwie czy w Ystad?


- Nie ma żadnych różnic. W wyobraźni autora świat nawet najpiękniejszy, świat nawet najjaśniejszy, a niewątpliwie takim bezpiecznym, jasnym światem był świat przedwojennego Wrocławia, nawet taki piękny i jasny świat ulega swoistemu przefiltrowaniu. Autor kryminału świat postrzega w czarnych barwach, ponurych. Bardziej interesują go ciemne zaułki niż przepiękne budowle, a takie zaułki można znaleźć wszędzie: i w Bay City, i w Paryżu, i we Wrocławiu również. Te zaułki, te wilgotne, brzydkie, mroczne miejsca były i są dla mnie inspiracją i tam umieszczam akcję moich powieści. W tych zaułkach czai się najczęściej jakiś seryjny morderca. (…)Taki autor jak Henning Mankell osadza akcję w Ystad, mieście, które liczy piętnaście tysięcy mieszkańców, a pojawiają się tam zwyrodnialcy, seryjni mordercy.

- Mankell jest bardzo szwedzki. A Krajewski jest jaki? Polski, niemiecki, wrocławski?


- Opisuję okres przedwojenny, a wtedy mniejszość polska we Wrocławiu liczyła według różnych szacunków od 5 do 15 tysięcy ludzi. To jest kropla w morzu. Są polskie akcenty choćby w mojej pierwszej powieści jeden z bohaterów dowiaduje się o swoich polskich korzeniach, to jest motyw bardzo istotny dla całej akcji. Takie motywy są, ale starałem się przedstawić ten świat takim, jakim był, to znaczy, bez nadmiernego eksponowania roli Polonii wrocławskiej, chociaż bardzo szanuje tych ludzi. Oni płacili daninę krwi za swoją polskość. Byli to bohaterowie nierzadko, a po wojnie byli niestety przez przybyszów ze wschodu bardzo często lekceważeni, bardzo często byli gnębieni, dręczeni, nazywano ich Hakenkreuzami, śmiano się z ich twardego niemieckiego akcentu. To jest straszne, ale to są konsekwencje wojny. W moich powieściach nie przesadzałem z mniejszością polską we Wrocławiu. Muszę pani jednak powiedzieć, że już od pewnego czasu straciłem trochę serce do przedwojennego Wrocławia. I ostatnią moją książkę „Głowa Minotaura” osadziłem w międzywojennym Lwowie.

- Odnoszę wrażenie, że to jest z pana strony trochę granie na nosie historii. Bo wszyscy wiemy, że w rzeczywistości to Lwów przyjechał do Breslau, a nie Breslau do Lwowa.

- Czyli mój zwrot w stronę Lwowa postrzegałaby pani również jako odwołanie do lwowskiej tradycji Wrocławia?

- Historia á rebours? W końcu Lwów to nie było miasto przypadkowo wybrane…

- Oczywiście, to nie był przypadek. Jako scenerię moich powieści wybieram tylko te miasta, które kocham… A więc Wrocław, a więc Lwów. Wrocław z wiadomych względów - jestem wrocławianinem i z tym miastem związałem się na całe życie. A Lwów też kocham, dlatego że pięknymi opowieściami o Lwowie zostałem nasycony w dzieciństwie.

- Podobno każdy wrocławianin pochodzi ze Lwowa…

- Tak, jest taki stereotyp. Jest to, oczywiście, gruba przesada. Pamiętam badania języka mieszkańców Wrocławia: naleciałości dialektycznych i innych. Profesor Miodek i inni takie badania prowadzili i wynikało z nich wyraźnie, że tych lwowskich elementów jest wcale nie tak dużo. Mówi się, że Wrocław to jest drugi Lwów dlatego, że tutaj, we Wrocławiu piętno kulturowe wycisnęli naukowcy, dziennikarze, intelektualiści, którzy pochodzili ze Lwowa. Z Wielkopolski przychodzili tu na ogół ludzie prości. Z centrum Polski także. Na przykład mój ojciec – prosty człowiek, pochodzący z wielodzietnej rodziny chłopskiej, który przyjechał do Wrocławia szukać lepszych szans dla siebie... Natomiast ze Lwowa przyjechał kwiat polskiej inteligencji. I dlatego ci ludzie wywarli tu takie piętno i dlatego się Wrocław ze Lwowem utożsamia. Ja mam z tym miastem silne związki rodzinne. Spod Lwowa pochodzi moja mama. We Lwowie przed wojną mój dziadek, ojciec mamy, był kelnerem. To wszystko byłoby nic, gdyby nie mój świętej pamięci wuj, Michał Obłąk, któremu dedykuję „Głowę Minotaura”. On opowiadał mi w dzieciństwie historie o Lwowie. Jako małe dziecko często chorowałem i moi rodzice nie zawsze mogli ze mną zostawać. Prosili wuja, brata mojej babci ze strony mamy z kresowej części mojej rodziny, już wówczas emeryta, o pomoc. Ów wuj, którego bardzo lubiłem i szanowałem, ukształtował mnie pod wieloma względami, także politycznymi, choćby nieustannie akcentując swoją niechęć do Sowietów i Rosji, to mi zostało do dziś. Otóż wuj opowiadał mi o cudownym mieście, o mieście - ogrodzie, mieście - parku, pełnym zieleni, pełnym przepięknych kamienic, mieście ludzi żyjących zgodnie ze sobą. Co trzeci mieszkaniec Lwowa był Żydem, co szósty Ukraińcem. Ci ludzie przynosili ze sobą różne kultury. I ci ludzie potrafili ze sobą żyć. Piękne, rozśpiewane, cudowne miasto, tak mi wujek o tym mówił. Mijały lata i w 2007 roku pojechałem do Lwowa na targi książki, na promocję mojej drugiej książki „Koniec świata w Breslau”, która wyszła po ukraińsku. Pojechałem i wtedy opowieści mojego wuja stanęły mi jako żywo przed oczami. Zobaczyłem, że one były niekłamane. Że entuzjazm i miłość mojego wuja do tego miasta są zrozumiałe, ponieważ to miasto warto kochać. I ja się w tym mieście zakochałem. Dlatego osadziłem akcję mojej ostatniej wydanej powieści we Lwowie(…). Odszedłem od Mocka, a jak będzie dalej, nie powiem. Moja kolejna powieść ukaże się w przyszłym roku w kwietniu, ale nie powiem, kto jest bohaterem i jaka jest sceneria. Już raz miałem zamiar odejść od Mocka.

- Tak pan deklarował. Ale okazało się, że Eberhard Mock jest jak ta doświadczona primabalerina, która nie może się rozstać ze sceną i co raz to daje ostatni występ…


- Po czterech powieściach deklarowałem, że z Mockiem koniec, schluss. Napisałem wówczas powieść współczesną wrocławską. To miało być siedem dużych opowiadań pod tytułem „Siedem grzechów głównych”. Ale to okazało się słabe. Napisałem trzy opowiadania, każde po ponad sto stron i byłem z tego niezadowolony. Opis współczesnego Wrocławia, lokale w których bywam, moje pokolenie, moi znajomi, ich problemy małżeńskie i uczuciowe, bardzo mocno osadzone we współczesności historie, różne zawody, menadżerowie, lekarze, ale to było słabe literacko. Pomyślałem sobie: chowam to do szuflady, a dalej będę pisał to, w czym jestem dobry i powstała książka „Dżuma w Breslau”. W powieści „Głowa Minotaura”, przenosząc akcję do Lwowa, dokonałem liftingu mojej twórczości. (...)

Pełna wersja wywiadu ukazała się w kwartalniku „Pamięć i Przyszłość” nr 6 (4/09)

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale