Piąta rocznica była wczoraj, ale poniekąd dziś też jest -- ponieważ była to niedziela.
Będzie to dość osobisty tekst. Bez odniesień do danych statystycznych i publikacji naukowych.
Tekst osobisty, bo pamiętam, jak spędziłam tamtą upalną niedzielę 15 sierpnia 2021 roku. Przez cały czas wbijałam wzrok w laptop. I nie wierzyłam własnym oczom.
Największe imperium świata, które wydało na wojnę z t*rrorem w A***anie 3 biliony (biliony, czyli po amerykańsku trillions, 12 zer) dolarów, a na samo wyszkolenie i wyposażenie afgańskiej armii i sił bezpieczeństwa wydało blisko 90 miliardów dolarów, z dnia na dzień postanowiło się wycofać.
Mówiąc między nami, sprawa była nieomal od początku skazana na porażkę. Amerykanie na partnerów wybrali byłych mudżahedinów, ludzi jeszcze bardziej dzikich i fanatycznych niż t**bowie.
Dlaczego w latach dziewięćdziesiątych reżim t***bów zawładnął A***tanem? Ano właśnie dlatego, że mudżahedini, którzy zjawili się tu w latach osiemdziesiątych dzięki polityce Cartera i Brzezińskiego, a później Reagana (kocham Reagana, ale nie był nieomylny), stanowili tak niewyobrażalną dzicz (strach było wyjść na ulicę, rodzice chowali córki w domu, na ulicach gwałty, ekscesy i dzikie orgie odbywały się pod gołym niebem), że t***libowie wyrośli poniekąd właśnie na przerażeniu, jakie rodziły w A***czykach mudżahedińskie (nie)rządy. Tylko w samym Kabulu na początku lat dziewięćdziesiątych starcia różnych mudżahedińskich frakcji doprowadziły do śmierci 80 tysięcy osób! (Nawiasem mówiąc, nagłaśniane dziś przez zachodnie media wieści o opozycji afgańskiej stawiającej czoło t**libom dotyczą właśnie mudżahedinów, czyli konkurencyjnych fanatyków religijnych).
Otóż więc rozpoczynając wojnę z jednymi t*rrorystami, Amerykanie wzięli sobie za partnerów innych t*rrorystów. Wspomnianych mudżahedinów. Oczywiście przebrali ich w garnitury. Czy ktoś pamięta słynnego Lwa Pandższiru, czyli Ahmada Szaha Masuda? W tamtych czasach oglądałyśmy namiętnie z Mamą programy informacyjne w TVN24 i TVP Info, a Masud był tam absolutnym herosem. Gdy zginął w zamachu (dwa dni przed zamachem na WTC), byłyśmy z Mamą niepocieszone, i taka też wydawała się dziennikarska brać.
A jaka jest prawda? Masud był niewątpliwie z charakteru przywódcą, ale islamistą, mudżahedinem. Mudżahedini to radykałowie związani z Bractwem Muzułmańskim, które jak wiadomo ma ambicję zaprowadzenia światowego kalifatu (do roku 2050?). Nawet za zapalenie papierosa ów heros nakazywał chłostę. Strach pomyśleć, co nakazywał za inne rzeczy.
Gdy wkrótce po zamachu na WTC Amerykanie zjawili się w Afganistanie, Masuda już nie było, ale była do dyspozycji cała zgraja jego kolegów mudżahedinów, często przybyłych z emigracji, którą im wcześniej Amerykanie umożliwili. To z nich stworzono a**ański rząd. Żeby było jeszcze bardziej bezsensownie, mudżahedini rekrutowali się spośród Tadżyków. Jest to wcale liczna a**ańska mniejszość, ale jak interpretować siłowe zaprowadzenie rządów tej radykalnej mniejszości w kraju, w którym większość stanowią Pasztuni? To się nie mogło skończyć dobrze. Amerykanie wprowadzili co prawda na scenę Hamida Karzaja, Pasztuna, jako prezydenta, ale był to urząd fasadowy. Rządzili tadżyccy mudżahedini.
Korupcja była wszechogarniająca. Trzeba zbudować most? Zgłaszamy Amerykanom zapotrzebowanie na kwotę dziesięciokrotnie wyższą. Most budujemy (albo i nie), a resztę zgarniamy do kieszeni. Czy Amerykanie zdawali sobie z tego sprawę? No raczej tak. Ex-mudżahedini nabijali kabzy do granic niemożliwości, zresztą nie tylko oni. Na całego trwał handel opium i handel bronią i nie tylko a**ańscy notable w nim uczestniczyli, bynajmniej!
Powrócili więc w świetle amerykańskich jupiterów znienawidzeni mudżahedini, rosła demoralizacja wywołana korupcją, rosła przestępczość. A wojna wdzierała się do życia każdą szparą. Nie można było bezpiecznie jechać z miasta do miasta, drogi były zaminowane, rosło krwawe żniwo. Niejeden nawet polski żołnierz wrócił z tego powodu kaleką — albo w worku. W miastach zamachy bombowe też były na porządku dziennym. Moja znajoma Agnieszka, wówczas Wójcik (dziś nie mam z nią kontaktu), artystka plastyk, która organizowała w Kabulu warsztaty dla A**anek, opowiadała o wszechobecnym strachu przed zamachami i bombami. I przed powrotem t**bów, którzy mieli swoją stolicę w prastarym Kandaharze na południowym wschodzie
Zwykli ludzie byli zniechęceni i coraz bardziej przerażeni. Tym bardziej, że zachodnie siły niespecjalnie cackały się z bombardowaniami. Moraliści pomstujący na IDF w Gazie nigdy jakoś nie napomykali o masowych ofiarach natowskich ostrzałów w tym kraju położonym między Iranem a Pakistanem. Nie takich ostrzałów, które wynikły z pomyłki, jak w przypadku naszych nieszczęsnych żołnierzy z Nangar Chel. Na wojnie przeważającą część ofiar stanowią przecież zawsze cywile. Nie, to były bombardowania bez refleksji i z rozmachem, a ginęły setki, tysiące niewinnych osób.
CIA werbowało też nieletnich A**ańczyków do szwadronów śmierci, by po cichu pozbywać się osób niepożądanych. A że przy okazji ginęli też inni — kogo to obchodziło? Jeden z takich nieletnich rekrutów, świadek i uczestnik bezwzględnych akcji, o którym znajomi z jego wsi mówili, że po zwerbowaniu przez CIA zmienił się, zmarkotniał, stał się małomówny, dekadę lat później, już dorosły, ewakuowany do USA przez CIA, dokonał zamachu na dwoje funkcjonariuszy Gwardii Narodowej. PTSD zmieszane z islamską radykalizacją, na którą narażeni są wszyscy muzułmanie przybywający na Zachód. Ponieważ Zachód pozwala u siebie islamistom na uprawianie wszelkiej radykalnej propagandy, radykalniejszej niż w ich rodzinnych krajach.
Najwięcej ofiar zachodnich sił było wśród ludności cywilnej Pasztunów — siłą rzeczy, bo stanowią oni największą grupę etniczną w tym kraju, a poza tym to spośród nich wywodzą się t**libowie, wśród nich więc się ukrywali. W sytuacji takiego braku poszanowania dla ludności cywilnej nic dziwnego, że ci fanatycy religijni zaczęli powoli odzyskiwać wpływy.
Amerykanie popełnili kilka fatalnych błędów:
-- zezwolili na korupcję, a nawet jej sprzyjali i karmili ją,
-- postawili na dżihadystów, islamistów co najmniej równie fanatycznych (a może i bardziej) jak t**bowie, zamiast postawić na młode, świeckie, zwesternizowane kadry, które w ciągu tych 20 lat wykształcili,
-- ustanowili państwo religijne — nosiło ono przecież nazwę „Republiki Islamskiej”. Pierwszym testem, jaki musiał przejść każdy, kto chciał zostać zatrudniony bezpośrednio przez Amerykanów, była wręcz dewocyjna religijność — taki ktoś musiał bywać w meczecie przepisową ilość razy i spełniać wszystkie wymagania religii panującej. Zdaniem Amerykanów świadczyło to o solidności jego charakteru. [facepalm]
Nie nazwałabym tego szerzeniem demokracji!

Zdj. Facebook. Dziewczyny oficerowie (2012 rok), szkolone przez Amerykanów, a jednak zmuszone do noszenia hidżabu!
Była to więc inicjatywa bardzo kosztowna i z góry skazana na porażkę. Młodzi A***ańczycy to widzieli. Walcząc w swojej armii i chcąc bronić swojego kraju przed fanatyzmem religijnym, widzieli, że nie zależy na tym ani Amerykanom, ani władzom w stolicy i regionach. Nasilały się dezercje, nawet wśród oficerów — każdy z nas zwątpiłby w sensowność narażania swojego życia (a była to wojna okrutna), wiedząc, że jego ofiara nie będzie mieć sensu, bo teraz władzę sprawują fanatycy w przebraniu, a za chwilę będą ją sprawować już formalnie inni fanatycy.
Nie była to jednak inicjatywa całkiem chybiona, ponieważ w trakcie tych dwudziestu lat wyrosło i wykształciło się zupełnie nowe pokolenie. I to nic, że znaczna jego część podporządkowała się prędzej czy później któremuś skrzydłu islamistów (mudżahedinom lub t***ibom), przeczuwając, że Amerykanie nie traktują tej misji poważnie. Część jednak zachowała zdrowy rozsądek i pragnienie, aby ich kraj był demokratyczny i przestrzegał swobód obywatelskich.
To oni są nadzieją tego kraju. Nadzieją na powrót do przekształceń ustrojowych i kulturowych prowadzonych przez zamordowanego przez komunistów premiera, a później prezydenta Dauda Chana, wielkiego reformatora, który od lat pięćdziesiątych przez sześćdziesiąte aż po drugą połowę siedemdziesiątych prowadził kraj do nowoczesnej, świeckiej demokracji. Jego wysiłki zniweczył Carter i jego następcy do spółki z Sowietami. Afganistan jest po trosze jak Polska — już któryś raz z kolei pada ofiarą zmagań światowych mocarstw.
***
W tamtą upalną niedzielę pięć lat temu USA i siły NATO zwinęły się praktycznie w jeden dzień. Za kadencji Bidena, który nie mógł tego zorganizować gorzej. Do samolotów pakował się każdy, kto był w pobliżu, w tym skazani przebywający w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze, znajdującym się w pobliżu lotniska. Najwięksi zbrodniarze zabrali się na pokład. I ok. 80% pasażerów na fałszywych papierach.

Zdj. Gle Gapui, Air Mobility Command, Public Domain
Na żer reżimu rzucono za to a**ańskich towarzyszy broni. Sojuszników NATO, którzy nie byli skorumpowani i nie mieli środków ani możliwości, żeby samemu uciec. Ich skorumpowane dowództwo z pękatymi portfelami wybyło kilka dni wcześniej.
Dla poprawy poczucia własnej moralności USA i NATO ugadały się rzekomo z fanatykami religijnymi, że zostawią w spokoju ich sojuszników. Pierwsi sojusznicy, którzy uznali, że trzeba jakoś żyć, i zgłosili się do t*libów, skończyli marnie. Reszta poszła po rozum do głowy i ukryła się.
Lecz to Trump, lubujący się w spotkaniach z islamistami, rok wcześniej uzgodnił ten układ. Po dwudziestu latach inwestowania w Afganistan, kraj o absolutnie strategicznym położeniu między Chinami, Rosją i Bliskim Wschodem, zasobny w cenne bogactwa naturalne, jak lit, miedź, pierwiastki ziem rzadkich, ruda żelaza, złoto, drogie kamienie, a także ropę naftową i gaz, kraj wspaniałego rzemiosła (dywany, meble), kraj wielkich możliwości rolniczych (najwykwintniejszy szafran, najlepsze pistacje, multum wszelkich owoców) i turystycznych (niespotykana malowniczość krajobrazów) — ten kraj Ameryka oddała do dyspozycji islamistom i Chinom (i potencjalnie Rosji). Wielki blamaż naszego sojusznika.
Sojusznika, który pozostawił na łup reżimu wyszkolonych przez siebie oficerów i komandosów.

Zdj. Świeżo wyszkoleni afgańscy komandosi, lipiec 2021, miesiąc przed upadkiem Kabulu. Wycinek prasowy z "The Guardian"
Nasir, który kształcił się właśnie w tym okresie, to absolwent Akademii Wojskowej, prawnik i politolog, który wykładał na uniwersytecie w Kabulu stosunki międzynarodowe. Jako podpułkownik Sił Powietrznych był doradcą prawnym Sił Powietrznych, a także prokuratorem wojskowym, ścigał korupcję w armii. Zatwierdzał ostrzały baz t*rrorystów, w bezpośredniej współpracy z siłami USA, Wielkiej Brytanii i Australii. Za to grozi mu śmierć z rąk obecnego reżimu, zresztą groziła już wtedy.

Zdj. z archiwum Nasira, baza powietrzna w Kabulu. Trzech amerykańskich oficerów, Nasir i jego tłumacz
Po początkowym oszołomieniu i rozgoryczeniu z powodu bezsensownej ewakuacji zachodnich wojsk i pozostawienia go bez żadnych możliwości przeżycia wyjechał pracować w ościennych krajach, by utrzymać rodzinę. Reżim zagarnął jego dom, w którym cała rodzina mieszkała, ojcu nauczycielowi z pięćdziesięcioletnim stażem pracy odebrano emeryturę i pozbawiono ich jakichkolwiek szans przetrwania.

Na placu budowy w Iranie. Zdj. z archiwum Nasira
Ale wizy w ościennych państwach się skończyły, na więcej nie było pieniędzy, zresztą przebywanie tam stawało się dla a**ańskich oficerów coraz bardziej niebezpieczne — byli wydawani prosto w ręce a**ańskiej bezpieki. Nasir musiał potajemnie wrócić pod macki reżimu. Nie bez nadziei, bo sprawy wizowe były w toku w trzech krajach anglosaskich.
Poznałam go na X rok temu. Jakieś pół roku wcześniej Trump stwierdził, że ok, nielegalsów nawpuszczaliśmy, ale sojuszników nie wpuścimy. I sprawa wizowa Nasira w USA została odwieszona na kołek, pomimo tego, że była już dosłownie w ostatniej fazie zatwierdzania. I pomimo wsparcia kilku amerykańskich oficerów. Wciąż wypatrują oni okazji do ujęcia się za swoim towarzyszem broni, ale na razie sprawa jest wciąż w zawieszeniu.

Zdj. Kadr z materiału filmowego na YT
Kilka miesięcy później wielkie rozczarowanie spotkało go ze strony Australii, pomimo poparcia tamtejszej cenionej dziennikarki i pilota-weterana. Dziś nie tracimy nadziei, że sprawa w UK zakończy się pomyślnie i niedługo wraz z najbliższymi będzie mógł rozpocząć nowe życie i odzyskać bezpieczeństwo.

Zdj. z archiwum Nasira. Kasim, jego syn (pośrodku na górze), i kuzynki, córki jego rodzeństwa. Dzieci spędziły całe wakacje zamknięte w domu (w "kryjówce"), tak było dla nich bezpieczniej. Na dole po prawej moja ulubienica, kapryśna indywidualistka Alina, córka najstarszej siostry Nasira. W tym roku idzie do pierwszej klasy. Dziewczynki w A***tanie mogą skończyć tylko sześć klas.
Na razie jednak zagrożona jest cała rodzina -- 15 osób. Trzech braci oficerów, ich żony i dzieci, rodzice oraz młodsze, niezamężne siostry. Nasir stara się też wspierać w potrzebie starsze, zamężne siostry i ich dzieci, ponieważ bezduszne tradycje klanowe w jego kraju czynią z kobiety jedynie bezwolny przedmiot transakcji, który można poniewierać, głodzić i maltretować. Dzięki naszej pomocy mają się gdzie schronić (symbolicznie wprawdzie, bo bezpieka zna miejsce ich przebywania, a na nową kryjówkę nas na razie nie stać) i co jeść (bardzo skromnie), a także czym zapłacić lekarzowi w razie nagłych kłopotów. To porządni ludzie, którzy zawinili tylko tym, że wychowali swojego syna na naszego sojusznika i że myśli on podobnie jak my. To zdaniem reżimu zbrodnia niewybaczalna.
Pomóżmy im przeżyć!

Na zdjęciu Alia i Lema na kolankach u najmłodszej cioci. Alia jest córeczką najmłodszego brata, także oficera, który posmakował już luksusów reżimowych kazamatów, gdzie przetrzymywano go całymi miesiącami i torturowano, aby wydał brata. (Nie wydał). Lema to córeczka Nasira. Powinna była urodzić się na Zachodzie, ale sojusznicy się nie spisali.
Alia i Lema urodziły się w tym roku, ale ciocia żyje w stresie i w niebezpieczeństwie od 5 lat, w kryjówce, tułając się po obcych miejscach, podobnie jak reszta jej najbliższych. Powinna już zdać maturę i rozpocząć studia, ale od pięciu lat nie ma na to szans. Uczy się sama. Podobnie jak jej 13-letni bratanek Kasim, który opanował już matematykę, fizykę, literaturę i angielski, a służy za domową złotą rączkę (naprawi wszystko). Nie tracimy nadziei na to, że pewnego dnia będzie mogła zrealizować swoje marzenia. Podobnie jak jej najstarszy brat Nasir.
***
Wiele informacji zawartych w tym tekście zaczerpnęłam od Nasira — z jego wpisów w mediach społecznościowych i z rozmów z nim. Reszta to moje prywatne obserwacje i przemyślenia.
Przepraszam za wykropkowywanie niektórych oczywistych nazw i słów, dmucham na zimne, aby nie narażać naszego przyjaciela, bo fanatyczne licho nie śpi.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)