Na mojej grządce dwanaście krzaków. Mistyczna i magiczna liczba, tak jak moje pomidory. Dwunastu apostołów, dwunastu rycerzy króla Artura, dwanaście ksiąg Pana Tadeusza. Równo w rzędach i szeregach, jak kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego i tak wsparte na tyczkach, jakby na bagnetach, czekają na swoją kolej.
Stoją w równym szeregu, ale nie są jednakowe, tylko z daleka mogą komuś przypominać chińską brygadę budowlaną, w rzeczywistosci różnią się od siebie, jak rycerze polskiej jazdy. Myślę więc sobie, że skoro Bóg kazał ludziom nazywać rośliny i zwierzęta, to czemu nie ponazywać pomidorów. Wprawdzie Adam zrozumiał boski nakaz dość swoiście i przejęty zapewne różnymi koncepcjami filozoficznymi, zepsuty przez szkodliwą lekturę i zdeprawowany przed ducha ogólności, nazywał wyłącznie gatunki, ale nic nie szkodzi, abyśmy się w naszym dziele posunęli dalej i nadali pomidorom indywidualność. Sam Adam porzucił z resztą w pewnym momencie stare idee, przeżył swój filozoficzny przełom i widząc pierwszy raz w życiu nagą kobietę, zaniemówił na chwilę, a potem, gdy wróciła mu już mowa, wystapił jako zdecydowany nominalista. Ewa - wymówił nieśmiale i tak zaczął się nowy etap w dziejach ludzkości. Przyznajmy, że przełomowy. Na tym jednym, prostym przykładzie, widzimy cały proces poznawczy, wnikanie do duszy obrazów zmysłowych, pięknego ciała Ewy, być może jej niemego uśmiechu i zapachu, którego Adam pewnie nie zapomniał do końca życia.
Przejęty tą konstatacją, zabrałem się za pracę, nie okazała się ona jednak zbyt prosta. Brakowała mi przewodnika, kogoś, kto indywidualizacji pomidorów poświęcił więcej czasu i miał gotowy materiał obserwacyjny. Uderzyła mnie ta niesamodzielność intelektualna, ten dotkliwy brak mojej umysłowości i potrzeba powołania się na źródło.
Z pomocą przyszła nasza kotka, Teresa, a może właściwiej Terrrresa, byt dawno już zindywidualizowany, ale tak sam przez się. Teresa, siedząc na oknie kuchennym, poświęciła indywidualizowaniu pomidorów dużo czasu, znalazłem więc w niej nieocenioną pomoc. Wprawdzie czytałem kiedyś i gdzieś, chyba u Łotmana, że koty myslą powszechnikami i nie indywidualizują, ale moja własna obserwacja Teresy oraz towarzysza jej życia, Tygrysa, zdecydowanie przeczyła tym nędznym spekulacjom, tej fotelowej refleksji, która mogła się zrodzić tylko w rosyjskiej głowie.
Teresa zdecydowała się bowiem poświęcić swoje życie obserwacji ogrodu, robi to codziennie i przez wiele godzin, więcej czasu poświęcając wyłącznie na sen. Ale nawet, gdy śpi, to musi śnić o ogrodzie, wskazuje na tym wyraz jej pyska i poruszające się co chwilę wąsy. A kiedy nie śpi i widzi, to widzi coś, co dla niewprawnego oka jest wyącznie bezruchem i wegetacją. Ona tam musi widzieć życie! Czasem przeżywa chwile silniejszych emocji. Tak dzieje się wtedy, kiedy ja sam jestem w ogrodzie i pielęgnuję rośliny. Mam wtedy wrażenie, że ona, siłą swojego ducha, uczestniczy w mojej pracy. Kiedy podlewam, podlewa i ona. Kiedy obrywam liście, obrywa i ona. Pieli, grabi, przesadza.
Razem z Teresą przystąpiliśmy więc do dzieła, mój wzrok przechodził, wraz z kocim wzrokiem, od rośliny do rośliny i nadawałem imiona:
Arkadiusz - ten jest na przedzie, powinien mieć najwięcej słońca, ale jest najmniejszy, zakwitł dopiero w ostatnich dniach.
Brygida - dumna i wyprostostowna pomidorowa piekność.
Jacenty - to urwis, z gatunku tych, co rosną bardzo szybko, ale łąmia się też przy byle okazji.
Marek - wydaje mi się, że śpioch, najchętniej leżałby na ziemi.
Konstanty - raczej wesołek, ale do owocowania się nie kwapi.
Kryśka - za młodu szalała, ale teraz zajmuje się wychowaniem licznych dzieci.
Malwina - koleżanka Kryśki z grządki, również wielodzietna.
Gertruda - wygląda na suchą Niemkę.
Witek - wiejski chłopak, ale będzie z niego pomidor i to nie jeden.
Sławek - tacy to są solą tej ziemi, cichy, schowany, a tu proszę, już sześć owoców
Gwidon - pewnie przyjechał z Niemiec razem z Gertrudą, ale w przeciwieństwie do niej raczej z południa, katolik jak nic.
Robert - to dopiero indywidualista, wymaga wiele pracy i uwagi, cały czas chce puszczać boczne pędy.
I po robocie. Czas zawołać dzieci i nauczyć je imion.



Komentarze
Pokaż komentarze (24)