W Irlandii w 1987 roku wydarzyło się coś, co odmieniło historię tego kraju, a w Polsce w przełomowy sposób nie stało się to nigdy. Przełamano partyjną nienawiść.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych finanse publiczne Irlandii znalazły się w bardzo poważnym kryzysie. Wyjściem z tej sytuacji były jedynie radykalne reformy. Zdecydował się na nie odpowiedzialny za zaistniałe problemy rząd premiera Garreta FitzGeralda, który jednak chyląc się ku upadkowi i nie mógł liczyć na kontynuowanie ich w przyszłości. Jednakże po zmianie władzy i objęciu rządów przez Charlesa J. Haugheya, zdołano przełamać pokusę zaorania pola po odchodzącej ekipie i podjęto niepopularne reformy. Okazało się możliwe zdefiniowanie wspólnego interesu, dotyczącego niebłahej sprawy jaką był dobrobyt Irlandczyków. Dzisiaj Irlandia, ten niegdyś jeden z najbiedniejszych zakątków Europy, gospodarczo góruje nad większością tradycyjnych europejskich potentatów. W Polsce zaś ciągle wszelkie obszary reform traktowane są jako pole walki. Nie pamięta się o tym, że budowanie państwa wymaga ciągłości.
Przypadek Irlandii i sukcesu, jaki odniosła ona w ostatnich 20 latach, między innymi dzięki pojednaniu różnych opcji politycznych może być praktycznym przykładem, że przyjaźń w dalszym ciągu jest kołem napędowym polityki państw europejskich. Skuteczna polityka potrzebuje odważnego wypowiadania interesów, rzeczowego dyskutowania, a do tego niezbędna jest wola rozumienia i budowania wspólnego języka dopuszczającego do debaty, jak najszersze spektrum spraw. Oznacza to, że sensowny z punktu widzenia obywateli i państwa, spór polityczny opiera się na fundamencie zaufania i świadomości wspólnego losu, a nie wrogości. Nie jest specjalnie ważne ilu ze współobywateli osobiście lubimy, tworzymy wspólnotę narodową, ponieważ swoje istnienie odnosimy do tego samego skrawka ziemi, niezależnie od reprezentowanych stanowisk. Chodzi o to, by zauważać i zaakceptować, że zmierzamy jedną drogą, poprzez to co duchowe i materialne, poprzez przeszłe i przyszłe pokolenia. Dopóki nie porzucimy nie tylko tego wspólnego kawałka ziemi, na którym żyjemy, ale przede wszystkim tego co nas z nim wiąże, nie zależnie gdzie się znajdujemy, jesteśmy współzależni. Jeśli decydujemy się więzy wspólnotowe zachowywać, zgadzamy się na przyjacielskie współdziałanie dla wspólnego dobra, które wyłania się z uzgadniania istniejących, nawet sprzecznych interesów. Jeśli zaś zostajemy, ale odrzucamy przyjacielskie współdziałanie przyczyniamy się jedynie do dzieła zniszczenia dotychczasowych wysiłków. Nie wystarcza tolerancja. Tolerancja nie prowadzi do konstruktywnej dyskusji. Tolerować znaczy znosić, cierpieć i nie ingerować. Tolerancja nie zna zaufania, oznacza rozdzielenie. Zaufanie łączy się z akceptacją istnienia wspólnoty narodowej, „która jest przecież przyjaźnią" (Arystoteles, Polityka V,14).
Nie wystarcza mieć wspólny interes. Owszem możemy mieć wspólny interes z ludźmi z Augustowa, którzy potrzebują obwodnicy, ale są przecież inni, którzy twierdzą, że ich interes, ścierający się z naszym jest prawdziwym interesem Polski. Bez rozumu i przyjaźni nigdy wspomniana droga nie powstanie. A przecież jeśli się wczytać w problem Augustowa to projekty przeciwników obecnych planów nie są bardziej sympatyczne dla środowiska naturalnego od rządowych. Zaś te maksymalistycznie ekologiczne nie są realne do wykonania. Niestety nikomu nie zależy na tym, żeby się porozumieć. Jedni mają swoją "wojnę o Rospudę z obrzydliwym kaczyzmem" inni prężenie muskułów wobec „wykształciuchów" i Unii Europejskiej, efektem tego, drogi dalej nie ma. Obserwujemy w tej sprawie zupełny brak poczucia wspólnego losu, troski o nieszczęsnych mieszkańców Augustowa. Przykład ten pokazuje nam także, że realizacja interesów nie może opierać się tylko na antagonizmie, nie może być siłowa, ponieważ państwo zamienia się wtedy w pole bitwy.
Celem polityki jest ujawnianie interesów społecznych i dążenie do sprawiedliwego ich uporządkowania. Tylko w atmosferze przyjaźni rozumianej, jako wspólnota losu, można śmiało wypowiedzieć swoje interesy i nie być potraktowanym wedle przeciwstawienia swój - wróg. Ujawnianie interesów (klasowych, zawodowych, narodowych, środowiskowych itd.) z całym bagażem sprzeczności, które niosą, jest warunkiem działania w kierunku sprawiedliwości. Wiedza o istniejących interesach umożliwia uspójnienie działań państwa, uczynienie ich bardziej sprawiedliwymi.
To co dziś w Polsce nazywamy polityką jest czymś zupełnie innym. Jest antypolityką wyzyskującą zbiorowe tęsknoty, czyniącą z tych tęsknot narzędzia nowego porządku. Dzieje się tak ponieważ tęsknoty te nie mają szans spotykać się na agorze państwa polskiego. Mamy bowiem tylko strzępy agory, państwa, strzępy przyjaźni, nie mamy wspólnego języka. W świecie antypolityki, w jakim żyjemy nie sposób poskładać w całość tych elementów. Tęsknoty Polaków są dla antypolityków i ośrodków antypolitycznej agitacji materiałem dla konstruowania antypolitycznej nieufności, są narzędziami dominacji i władzy. W oderwanych ideologiach i codziennych kłamstwach polskiej sceny politycznej nie jesteśmy w stanie odróżnić interesów od manipulacji i resentymentów. Działanie polityczne nie zmierza dziś do realizacji interesów zawartych w tęsknotach wspólnoty narodowej (wymagających nieustannego oczyszczania w ogniu debat, by mogły przełożyć się na rozumne i służące sprawiedliwości instytucje, czy projekty), ale służy jedynie wzmacnianiu władzy przez nieustanne, zniewalające pogłębianie oczekiwań związanych z tęsknotami i brakami. Jest to możliwe ponieważ unika się budowania wspólnego języka przestrzeni politycznej. Gdy tęsknoty tracą związek z realnymi możliwościami polityki (a z tym właśnie mamy do czynienia, gdy w mitologiczny sposób formułuje się dobrze znane nam dzisiaj postulaty sprawiedliwości społecznej, solidarnego państwa, nieograniczonej wolności i równości itp.) pojawia się sposobność, by rządzić nie przez realizację i działanie, ale przez zaniechanie i pogłębianie niedostatków. Możemy to określić, jako licytowanie brakami; władzę posiądzie ten, kto poruszy głębsze niedostatki i zaoferuje pełniejsze złudzenie, czy inaczej: ten, kto będzie skuteczniej sterował głodem społecznym, tak w sferze potrzeb duchowych, symbolicznych, jak i materialnych. Jesteśmy świadkami tworzenia się w Polsce destrukcyjnych form nienawiści, zamiast budowania przyjaźni. Żyjemy w świecie mitów i snów politycznych skleconych z polskich tęsknot, czy też marzeń (o ładzie społecznym, dobrobycie, prawdzie historycznej, modernizacji, postępie społecznym, „byciu jak Zachód"). Dzisiaj, ani lewica, ani prawica nie potrafią wnieść żadnej jakościowej zmiany w sferę publiczną, ponieważ to co najważniejsze jest im wspólne - bezruch, nieudolność, zarządzanie mitologiami, mobilizacja wokół sloganów ideologii. Zbyt często jesteśmy świadkami przeciągania liny w sferze wyobraźni. Zmagania te odwracają uwagę od tego, co uznalibyśmy za ważne, gdyby istniała w Polsce wspólnota. Środowiskom politycznym łatwiej jest jednak uprawiać antypolitykę marzeń, zarządzać tęsknotami, niż zajmować się prawdziwą polityką, prowadzącą wprost do problematyzowania przez rządzących interesów rządzonych. To wymagałoby pamięci, że dzielimy ten sam los. Wygodniej jest jednak mieć niewolników niż obywateli, szczególnie jeśli władza pozostaje celem, a nie środkiem do realizacji wspólnego dobra, czyli zwyczajnie dobra obywateli, którym została dana możliwość politycznej artykulacji interesów. Czy możliwa jest wspólnota z tymi, którzy pragną dobrego rządu, a także ujawniania i rozwiązania problemów (jest ich wiele poczynając od demografii, systemu zabezpieczenia społecznego, finansowania edukacji, a kończąc na aksjomatycznych podstawach państwa i roli religii w życiu publicznym - żadna z nich nie została poważnie przedyskutowania) podczas, gdy na horyzoncie majaczą prawicowe i lewicowe rewolucje kulturalne lub słodki bezruch zabezpieczający nomenklaturowe interesy? Polska sfera publiczna jest rozpaczliwie nieracjonalna, panuje w niej powszechna ucieczka od rzeczywistości i wrogość do rozumnego namysłu. Rozumny namysł możliwy jest tylko, jeśli istnieje przyjaźń, wspólnota i umiejętność zhierarchizowania postulatów z perspektywy możliwości ich realizacji i efektów jakie przyniesie ich forsowanie. Myślenie części polityków, szczególnie tych na szczeblu centralnym, zdominowane jest jednak przez ideologiczne pakiety, działanie zaś opiera się na zasadzie wszystko, albo nic. Zbyt wysoko zawieszają oni poprzeczkę wierności ideologiom przeciwko praktyce, która nie ogranicza się do moralnych i kulturowych gestów. Przedstawiony zarzut dotyczy zarówno ideowej prawicy, jak i lewicy. Inna część polityków skupia się znów na samej praktyce politycznej, utrzymaniu władzy - wszelkie idee traktując jako narzędzia zachowania własnych wpływów. Odsłanianie interesów jest nie na rękę w równym stopniu ideologom co oportunistom, ponieważ interesy demaskują mitologie, ich fałszywość lub naiwność, czy brak rozumności. Prostytuowanie języka polityki przez pozbawionych idei praktyków szkodzi jej w równym stopniu co wybiegi ideologów.
Pierwszym krokiem i nadzieją na powstanie w Polsce nowoczesnej wspólnoty pozostaje przemyślenie modernizacji państwa. Ciągle mamy przed sobą polską modernizację, która nie byłaby prostą okcydentalizacją lub wycofywaniem, czyli zasadniczo antymodernizacją. Należy nawet powiedzieć, że przed sobą mamy przede wszystkim przemyślenie właśnie tej kwestii. Podjęcie tego trudu może nam dać znacznie więcej niż się powszechnie spodziewamy. Chodzi o wypracowanie zrębów wspólnoty, elementów przyjaźni i patriotyzmu, rozumianego, jako troska o całość. Nie zyskamy tych fundamentów jeśli nie podejmiemy próby odnalezienia języka, w którym można by przedyskutować ogrom szczegółowych problemów. Leżą one wciąż odłogiem lub podejmuje się je jedynie naskórkowo, z powodów ideologicznych. Najbardziej palącą kwestią jest modernizacja języka, tak by mógł przekładać się on na działania państwowotwórcze i wspólnototwórcze, czyli praktykę. Chodzi o język racjonalny, łączący, pozwalający na zrozumienie się przeciwnym stronom sporu, pozwalający zarówno przekonywać, jak i znajdować wspólnie akceptowalne elementy mogące potem ukształtować się w instytucje państwa. Wspomniana okcydentalizacja, jaka dokonywała się w Polsce w ostatnich kilkunastu latach nie wymagała od nas twórczego wysiłku; widzieliśmy ją na każdym kroku, czy to na wsi, czy w mieście. Przyszła razem z otwarciem granic i uwolnieniem przepływu kultury masowej, razem z pierwszymi reformami po 1989, planem Balcerowicza, formami ustrojowymi zaszczepionymi w naszym kraju. Można by tę listę poszerzać. Teraz potrzebujemy samodzielnego wysiłku, który nie będzie ograniczał się tylko do określania granic okcydentalizacji (którą rozumiem jako zapożyczanie, przeszczepianie form, instytucji, narzędzi intelektualnych). Od 1989 roku nie przemyśleliśmy istnienia w Polsce interesów społecznych. Stało się to również dlatego, że sami nie znaleźliśmy własnej nowoczesności, własnego nowoczesnego języka odsłaniającego nasze społeczne podziały, hierarchie, respektującego równocześnie naszą historię, tradycję, nawyki serca. Wciąż jesteśmy niezwykle przywiązani do nieaktualnych pakietów ideologicznych z czasów, kiedy państwa nie uważaliśmy za nasze lub, gdy ono nie istniało, a praktyka polityczna ograniczała się do walki o suwerenność. Innym błędem była wiara w to, że można zbudować państwo opierając się tylko na zapożyczeniach sprawdzonych w innych krajach, zapominając, że szczegółowe rozwiązania wymagają rozpoznania polskiej kondycji, na którą składa się również trudna moralnie i wymagająca rozliczenia przeszłość okresu PRL, a przede wszystkim współczesna społeczna sytuacja Polaków. Nie mamy własnego kształtu nowoczesnych instytucji, bo nie odsłoniliśmy, nie opisaliśmy i nie przepracowaliśmy polskich interesów, wewnętrznych i zewnętrznych, dlatego nasza polityka jest takim bezładnym, coraz wścieklejszym miotaniem się. Bez zrozumienia interesów nie mogą zrodzić się instytucje sprawiedliwego państwa. Czy potrafimy wymienić wiele instytucji państwowych, które zostały zbudowane lub fundamentalnie przebudowane i skutecznie służą obywatelom? Nasze państwo opiera się na instytucjonalnych implantach PRL-u i pierwszych lat przemian. One spełniły już swoją rolę. Teraz jest czas by je wreszcie przekształcić i uczynić społecznie bardziej adekwatnymi. Czy spojrzymy na niewydolność naszego parlamentaryzmu, sądownictwa, edukacji, sytuację służby zdrowia, rozwlekłą konstytucję, czy wreszcie rozchwianą tożsamość i niepewny patriotyzm Polaków dotykamy przeszłych, świadomych lub nie działań rozbijających wspólnotę narodową i polityczną w Polsce (komunizm, atomizujące społeczeństwo elementy neoliberalnych przemian początku transformacji, pewnego rodzaju poprawność polityczna tabuizująca dyskusję o interesach narodowych, państwowych, społecznych). Nie chodzi jednak o żaden nacjonalizm, ale minimalny modus vivendi pozwalający zmieniać państwo, podnosić jakość jego służebnego wobec obywateli charakteru w sposób dający poczucie sensu jego mieszkańcom. Interesy w nikłym stopniu wpływały i wpływają, w dalszym ciągu, na kształt instytucji państwa. Nie są zaczynem modernizacyjnym, a powinny być! Przedyskutowane i zrozumiane interesy mogą dać rozumne podstawy pod budowę sprawiedliwszych instytucji. Od lat Polacy czekają na impuls w myśleniu o modernizacji.
Rozumna refleksja nie oznacza zapoznawania moralnego aspektu polityki i państwa. Sam rozum prowadzi nas do przekonania o moralnym charakterze praktyki politycznej. Jeśli przyjrzymy się nie tak dawnej próbie przywrócenia dyskusji o ustawie antyaborcyjnej, to uświadomimy sobie, że zaistniały w niej argumenty antypolityczne, podczas gdy argumenty polityczne wywołałyby twórczą debatę wciągającą do rozmowy kwestie nieodłączne od rozwiązań instytucjonalnych i praktycznych z zakresu demografii, zabezpieczenia społecznego, wolności, godności osoby (tak kobiety, jak i dziecka) i odpowiedzialności państwa za reprodukowanie pokoleń. Chodzi oto by promować pozytywną wizję rodzicielstwa, wspierać małżeństwa, a jednocześnie osłaniać kobiety w trudnej sytuacji. Zachęcać do rodzenia przez pomoc materialną i psychologiczną, a także propagować adopcję dzieci, których biologiczne matki nie chcą wychowywać, np. ze względu na trudne doświadczenia osobiste. Podejmowanie tych spraw jest nieuniknione i wiąże się z określeniem pewnej hierarchii dóbr, co nie jest możliwe w wymiarze społecznym bez rozsądnej argumentacji opartej na analizie sytuacji empirycznej. A przecież taka analiza jest możliwa. Według danych madryckiego Instytutu Polityki Rodzinnej aborcja jest w Europie najczęstszą przyczyna zgonów i sięga 1,2 mln istnień rocznie, kończy się nią co piąta ciąża na naszym kontynencie1. Zamiast tego ostatnia dyskusja o ważnej kwestii okazała się nadbudową wewnątrzpartyjnych sporów, co potwierdziło jej oportunistyczny charakter. Dyskutowane „tak/nie" dla określonych postanowień prawnych nie odsłoniło żadnego z powodów, ani konsekwencji aborcji, których rozwiązanie mogłoby przyczynić się w pozytywny sposób do ochrony nienarodzonych dzieci i kobiet w trudnej sytuacji życiowej. O kłopotach demograficznych państwa z tym związanych, jako konsekwencjach, czy podziałach społecznych, jako przyczynach nikt się nawet nie zająknął, nie mówiąc o propozycjach rozwiązań. Oczywiście to tylko jeden z przykładów ignorowania interesów jako impulsu modernizacyjnego. Trzeba pracować na polu praktycznych rozwiązań mogących opierać się na istniejącej w Polsce zgodzie (tak przeciwników jak i zwolenników określonych rozwiązań prawnych) co do tego, że aborcja jest złem2. Źródło tego zła tkwi nie tylko bezpośrednio w upadłej naturze człowieka, ale również w jej konsekwencjach, czyli nierozwiązanych problemach społecznych. Chodzi o to, by w trosce o Polaków, ich wspólnotę i państwo szukać w wymiarze rozwiązań praktycznych tego, co łączy, a w wymiarze intelektualnym wspólnego języka, by móc rozmawiać o rozbieżnościach. Czy bolesna sprawa aborcji, na tle niemal jednolitej oceny moralnej tego procederu wśród Polaków, nie mogła stać się zalążkiem zbudowania sprawiedliwych, czyli adekwatnych instytucji osłaniających kobiety, dzieci, rodziny. Instytucji które znalazłyby poparcie kwalifikowanej większości obywateli? Polacy nie są zgodni co do prawnych konsekwencji wykonania aborcji, co budzi zrozumiały sprzeciw rozumu, ale chcą chronić osoby i rodziny. To był niewykorzystany moment na modernizację po polsku, modernizację z uwzględnieniem naszej kondycji. To mógł być przykład, jak interesy potrafią budować, modernizować, a nie rozkładać. Zabrakło jednak języka, ale jeszcze bardziej odwagi i woli, by napięcie wykorzystać twórczo, długofalowo, a nie doraźnie, partyjnie. By działać twórczo i długofalowo potrzeba zaufania, czyli przyjaźni. Bez niej nie zyskamy odwagi, by wypowiedzieć to co dla nas jest w życiu ważne. Bez rozmawiania o tych ważnych sprawach nie ma polityki tylko antypolityczne sekciarstwo, wojna domowa, niemoc, która nic nie buduje, upadek. Jednak przyjaźń rozpoczyna się od jej pragnienia, od rozmowy, szukania wspólnego sensu. To zadanie na dziś, kiedy elity, rozsądni naszego, kraju nie potrafią żyć bez frontowej identyfikacji.
Celem modernizacji nie jest sama modernizacja, czy zmiany dekoracji, ale usprawnienie państwa, aby stało się ono animatorem życia politycznego i społecznego, to znaczy ułatwiało w maksymalny sposób artykulację interesów, przez co budowało wzajemne zaufanie obywateli do siebie oraz instytucji państwowych i obywatelskich, jako fundamentów wspólnoty politycznej. Sprawiedliwe instytucje są efektem społecznego zaufania i przyjaźni. Te zaś rosną, gdy w państwie poszerza się poczucie bezpieczeństwa przy wypowiadaniu interesów.
Najważniejsza jest teraz refleksja nad podziałami społecznymi i wyodrębnienie wynikających z nich interesów. Wyznacznikiem modernizacji jest właśnie upublicznienie interesów i ich wpływ na kształt instytucji państwowych. Jeśli nie widzimy tego procesu to znaczy, że obywatele tracą suwerenność. Wyznacznik ten można uznać za uniwersalny. Przez jego pryzmat trzeba patrzeć również na Europę i świat. Wedle takiego kryterium przykładem antymodernizacji będzie współczesna Rosja, gdzie przemiany ustrojowe prowadzą do ukrywania interesów (związanych z władzą, prestiżem, dobrobytem, wolnością, sferą symboliczną, historią, etc.) pod płaszczem państwowej mitologii. Interesy nie zanikają, kiedy się je ukrywa, ale pozostając poza sferą publiczną nie zmieniają struktur państwa w stronę ich większej służebności wobec obywateli. Przemyślenie powyższych problemów oznacza odrzucenie pojęcia „normalności" odnoszonego w Polsce do dotychczasowych tendencji okcydentalizacyjnych, hasła „wsteczności" zapoznającego problemy religii, historii, narodu, a także odrzucenie „instrumentalizacji rozumu w polityce", która jest charakterystyczna dla polskiej polityki po 1989 roku i to z tendencją wzrastającą. Odrzucam również hasła „rewolucji", która nie może być prawdziwym odnowieniem państwa, ale powrotem do punktu wyjścia, tyle, że w innych dekoracjach. Nie ma zgody na wszelkie fundamentalistyczne „pochwały antagonizmu", które znajdujemy od lewa do prawa odwracające uwagę od problemów dotyczących większości narodu i oddalające ich rozwiązanie. Nie potrzeba polskiej polityce, ani Polakom fundamentalizmów, ale nie obędziemy się bez fundamentów.
Oczekujemy na początek drogi przywrócenia polityki Polsce, byłby to stan, w którym obywatele bez skrępowania i ze zrozumieniem mogą wzajemnie rozmawiać i realizować to, co jest dla nich ważne.
1Wyniki badań można znaleźć w artykule Jędrzeja Bieleckiego, Emigranci ratują przyszłość Europy, Dziennik nr 234(447)/2007, s.11.
2Przyznała to nawet, opatrując ten fakt krytycznym komentarzem, Wanda Nowicka, radykalna zwolenniczka aborcji, przewodnicząca Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny; patrz artykuł O godność kobiet pod adresem http://www.federa.org.pl/?page=news&newsid=34&lang=1
tr
Tekst z jesieni 2007


Komentarze
Pokaż komentarze (25)