2 obserwujących
6 notek
14k odsłon
4492 odsłony

Anna Świrszczyńska. Strzelać w oczy człowieka

Anna Świrszczyńska. Fot. PAP/ Witold Rozmysłowicz
Anna Świrszczyńska. Fot. PAP/ Witold Rozmysłowicz
Wykop Skomentuj8

Dziecko żyje

godzinę dłużej.


– Mamy dwa wybitne utwory literackie dotyczące Powstania Warszawskiego. Są to: „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego oraz zbiór wierszy Anny Świrszczyńskiej „Budowałam barykadę” – oceniła Nasiłowska. Białoszewski też wydał swoje dzieło późno – w 1970 roku.

– Po wojnie pisanie o Powstaniu było skomplikowane z powodów politycznych. Temat był celowo przemilczany. Potrzeba też było czasu, aby zapis Powstania dojrzał – tłumaczy krytyk literacki i przewodnicząca Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

We wstępie do wznowienia „Budowałam barykadę” Nowosielska napisała: „To poetyckie arcydzieło”.

– Ona opisuje doświadczenie graniczne, wielkiej bliskości śmierci. Pisze często o paradoksach, że kochała te odchody, które wynosiła w szpitalu, bo one jednak świadczyły o życiu. O tym, że jest ciągle nadzieja. To zapis spontanicznej pomocy międzyludzkiej, tego, co jest zazwyczaj pomijane: jak ważna jest woda, jak ważne jest, żeby coś zjeść, jak ważne jest dobre słowo i poczucie wspólnoty – tłumaczy.


„Do mojej córki”


Córeczko, ja nie byłam bohaterką,

barykady pod ostrzałem budowali wszyscy.

Ale ja widziałam bohaterów

i o tym muszę opowiedzieć.


„Budując barykadę”


Baliśmy się budując pod ostrzałem

barykadę.

Knajpiarz, kochanka jubilera, fryzjer,

wszystko tchórze.


Upadła na ziemię służąca

dźwigając kamień z bruku, baliśmy się bardzo,

wszystko tchórze –

dozorca, straganiarka, emeryt.


Upadł na ziemię aptekarz

wlokąc drzwi od ubikacji,

baliśmy się jeszcze bardziej, szmuglerka,

krawcowa, tramwajarz,

wszystko tchórze.


Upadł chłopak z poprawczaka

wlokąc worek z piaskiem,

więc baliśmy się naprawdę.


Choć nikt nas nie zmuszał,

zbudowaliśmy barykadę

pod ostrzałem.”


To nie była licentia poetica. Opisywała fakty i ludzi, którzy istnieli naprawdę. Tak jak ta barykada.


Ktoś mu jeszcze zrobił trumnę

W roku 1980 Świrszczyńska opowiadała o niej: „To była barykada na rogu Chmielnej, między Zielną a Sosnową. Była obawa, że naszą ulicą przejdą czołgi, bo były już w pewnej odległości od naszego domu. Z naszej kamienicy, z naszego podwórka życie przeniosło się do piwnic. Spaliśmy na węglu, zanosiło się poduszki, sienniki kołdry i na tym się spało. Było dużo ludzi chorych. Pamiętam, była taka starsza pani mecenasowa, która się tak bała, że przez cały czas powstania nigdzie nie wyszła.”

Mówiła o ludziach: „Był chłopak nie z naszej kamienicy. Jemu się gdzieś zagubili rodzice. Był taki niczyj. Nie przejmował się jakoś swoją dolą, żył z dnia na dzień i z taką wielką beztroską znosił butelki z benzyną. Skądś tą benzynę wydostawał i ustawiał rzędem w bramie. A nasz dozorca był na niego wściekły. On wiedział, że jeśli przyjdą do tej kamienicy Niemcy, co się w każdej chwili mogło zdarzyć, to przede wszystkim dozorcę, jako winnego, odpowiedzialnego za to wszystko, postawią pod ścianę.

To były butelki na czołgi, więc ten mu groził pasem. Jak ten dozorca odszedł, to ten znowuż ustawiał. On tak chodził: jednego dnia gdzieś chodził na te wypady na czołgi, drugiego dnia, a trzeciego dnia już go przynieśli żołnierze. Na tym podwórzu u nas, mniej więcej co dwa – trzy dni, przybywało mogiłek. Każde prawie podwórze Warszawy to był cmentarz. Ja pamiętam, jak myśmy go grzebali. Ktoś mu jeszcze zrobił trumnę ze świeżego, takiego jasnego drzewa. Później już nie było takich luksusów, ale jemu jeszcze przypadła trumna.”


„Szczeniak”


Kiedy zaczął rano ustawiać w bramie

butelki z benzyną,

stróż klął jak wściekły.


Szczeniak

wywalił mu język do pasa.


Wieczorem przynieśli go żołnierze,

podpalił czołg.


Stróż klął już ciszej kopiąc na podwórzu

mały dołek dla szczeniaka.


„Był jeszcze taki jeden lokator, który przyszedł już w stanie obłąkania. On szedł kanałami, ze Starówki, przedostawał się do nas na Chmielną. Wszedł do piwnicy, usiadł i bez przerwy patrzył na ścianę. Żona starała się do niego coś mówić, zagadać: Chodź, wyjdź na podwórko, w nocy, kiedy można, kiedy jest cicho. Nie. Przyszedł lekarz i powiedział: Proszę pani, jeżeli on będzie siedział, to on umrze, niech pani go chociażby przemocą na to podwórko wyprowadzi. Zaczęli go tam sąsiedzi i znajomi wyprowadzać, choć on tak zaczął strasznie krzyczeć, że to się nie dało zrobić. No i po dwóch czy trzech dniach takiego siedzenia i patrzenia uporczywego na tę ścianę, on umarł.”


„Ostatnia kropla powietrza”


Zakochani umierali

w zasypanej piwnicy.


Gdy powietrze już się skończyło

a śmierć

zapomniała przyjść

kto komu oddał

ostatnią kroplę powietrza?


„Pamiętam, kiedy przeżycie każdego dnia było problemem, to cała kamienica żyła jak jeden człowiek, jak jedna godzina. Gotowali wszyscy razem – jeden miał trochę kaszy, drugi miał ziemniak, mąki trochę, z tego się robiło jakąś taką zupę. To nie było: to jest moje, to jest twoje. Kto jeszcze nie zjadł swojej miski zupy, no to ten dostanie.

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura