Piotr Rodowicz, wnuk Stanisława Rodowicza, w piwnicy domu przy ul. Fortecznej 4 w Warszawie, w której w czasie wojny znajdowała się radiostacja. Fot. YouTube/ MPW (screen)
Piotr Rodowicz, wnuk Stanisława Rodowicza, w piwnicy domu przy ul. Fortecznej 4 w Warszawie, w której w czasie wojny znajdowała się radiostacja. Fot. YouTube/ MPW (screen)
Parasol Historii Parasol Historii
2535
BLOG

Podziemna „Łódź Podwodna” nadawała do końca wojny

Parasol Historii Parasol Historii Powstanie Warszawskie Obserwuj temat Obserwuj notkę 13

Stanisław Rodowicz zaczytywał się w kryminałach Edgara Wallace’a, pełnych domów z tajemnymi przejściami, przesuwanymi ścianami, ukrytymi pomieszczeniami… Jesienią 1939 roku jego teściowa narzekała: „Wokół szaleją Niemcy, a ten czyta sensacyjne bajeczki”. A dla niego to była inspiracja. Dlaczego nie stworzyć czegoś takiego w okupowanej Warszawie dla konspiracyjnej radiostacji? I wydrążył podziemne piętro z niewidocznym wejściem, którego Niemcy nie umieli namierzyć i skąd w czasie Powstania Warszawskiego pisał raporty do „Biuletynu Informacyjnego”. 

– Mój ojciec miał szalone zdolności manualne, potrafił zrobić z drutu dosłownie wszystko – wspominała już jako dorosła osoba Wanda Rodowicz. Jej tata miał dobre wzorce, bowiem starsze pokolenie Rodowiczów przejawiało zamiłowania techniczne. Inżynierami po Politechnice w Karlsruhe byli: ojciec, po którym dostał imię Stanisław, i stryj Kazimierz (jego synem był por. Jan Rodowicz ps. „Anoda”, żołnierz AK i Delegatury Sił Zbrojnych).

Stanisław senior był m.in. doradcą technicznym w ministerstwach II RP oraz prezesem Stowarzyszenia Techników Polskich. Należał do inicjatorów budowy linii kolejowej na Półwyspie Helskim. A co równie ważne dla tej historii – był oficerem i uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, szefując sekcji kolejowej dowództwa WP. I właśnie dzięki temu mógł zbudować skromną willę w uliczce biegnącej do Cytadeli na powstającym Żoliborzu Oficerskim. Dom przy Fortecznej 4 miał jednak pecha – w 1923 roku doszło do eksplozji w prochowni na Cytadeli (podejrzewano zamach komunistyczny), a wybuch dosięgnął też willi Rodowiczów.

Młodsze pokolenie – Stanisław junior wraz z braćmi Kazimierzem i Władysławem – odbudowało dom. Lecz nie do końca i na krótko: w 1939 r. częściowo burzy go ponownie niemieckie bombardowanie Cytadeli. Rodzina przenosi się więc do sąsiedniego domu na Forteczną 6, do szeregowca opuszczonego przez rodzinę pułkownika Rogowskiego. A Stanisław czyta Wallace’a…

Coś wspólnego z Enigmą

Podczas wojny obronnej bracia byli oficerami łączności. Zaraz po upadku Modlina, na początku października, nawiązali kontakt z Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu i włączyli się do ruchu oporu w organizacji wojskowej Służba Zwycięstwu Polsce, przemianowanej potem na Związek Walki Zbrojnej. „Złożyliśmy przysięgę. Ta skromna uroczystość odbyła się w kuchni domu przy Fortecznej 4” - napisał Władysław Rodowicz w artykule, który ukazał się w czasopiśmie „Kombatant”.

W ruinach swego domu tworzyli stację, która zaczęła nasłuch już w grudniu 1939 r. Sprzęt dostarczono im z warszawskiej fabryki „Ava”, gdzie przed wojną produkowano aparaty odbiorczo-nadawcze dla wojska i tej samej, w której powstawały duplikaty Enigmy, dzięki czemu złamano jej kod. Mieli też trzyczłonową radiostację bateryjną, zmontowaną w 1938 roku dla „obozu startowego największego ówcześnie na świecie balonu stratosferycznego”. Część urządzeń przemycono do Warszawy z Budapesztu.

Rodzinna willa była raczej trudna do konspiracji – wraz z domem naprzeciwko tworzyły skrzydła zamykające ulicę, stały do niej prostopadle, trochę wystając poza ciąg pozostałych domów budowanych w rzędach. Były na widoku. Radiotelegrafiści, którzy na początku gnieździli się w jednym ze zniszczonych pokoi, nie byli więc bezpieczni. Na przełomie 1939 i 1940 roku Stanisław wraz ze szwagrem Michałem Nałęcz-Dobrowolskim stworzyli plany ukrycia radiostacji.

„Stanisław zamierzał zatem wybudować odpowiedni schron między fundamentami klatki schodowej zniszczonego domu przy Fortecznej 4. Projekt konstrukcji i lokalizacji uzyskał aprobatę płk. Stefana Roweckiego - Grota, komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej. Komenda Główna ZWZ miała pokryć ewentualne wydatki związane z realizacją przedsięwzięcia. W kwietniu 1940 roku, kiedy udało się zdobyć środek transportu – mały wózek zrobiony z dwóch kół samochodowych – można było rozpocząć prace. Całymi dniami czteroosobowe ekipy, kucając lub leżąc, na trzy zmiany wykopywały ziemię spod fundamentów. W nocy rozwożono ją wózkiem i równomiernie rozsypywano w sześciusetmetrowym ogrodzie, który szybko podniósł się o pół metra” – opisywał budowę stacji Marcin Ludwicki w książce „Niezatapialni i Łódź podwodna”.

Plan przedwojennego filmowca

Wiadrami wytaszczono w sumie więcej niż 30 metrów sześciennych ziemi, pogłębiając piwnicę o ponad trzy metry. A właściwie budując drugi poziom piwniczny, z tajnym przejściem pod ostatnim stopniem schodów. Tak, jak zaplanował Stanisław, wykorzystując całą swoją wiedzę techniczną i umiejętności, dzięki którym przed wojną tworzył filmy naukowe we własnej wytwórni.

Żeby tam się dostać, trzeba było zejść do sutereny, gdzie urządzono wędzarnię, by utrudniała wykrycie radiostacji. Następnie trzeba było wyjąć dolny, gruby, drewniany stopień schodów – choć nic nie zdradzało, że można to zrobić. Pod nim, we wgłębieniu betonu, zamontowano rurę wodną z kranem. Gdy się kurek odkręciło, lała się po prostu woda. Taki kamuflaż.

Dopiero gdy się ów kran obróciło do odpowiedniej pozycji, odblokowywał się zamek bębenkowy, tzw. Yale. Ciężka, kilkudziesięciocentymetrowa betonowa konstrukcja okazywała się wtedy górną częścią ruchomego włazu. Przesuwała się na kulkowych łożyskach.

– Wtajemniczeni wiedzieli, że należy cały kran wraz z rurą złamać w nasadzie, co zwalniało zatrzask. Całą podłogę w tym miejscu należało wówczas przesunąć od siebie. Ukazywał się otwór, przez który można było wsunąć się po drabince i zejść do podziemia, do „Łodzi Podwodnej” – wspominał brat pomysłodawcy, Władysław Rodowicz.

To właśnie od owej wody maskującej wejście – a która nie zalewała pomieszczenia na dole – wzięła się nazwa radiostacji, dość dziwna, jak na podziemną instalację: „Łódź Podwodna”. Okręt podwodny przypominały też – jak opowiadał Władysław – wąski i długi kształt podziemia oraz głęboki właz do niego. I trzeci powód: dzięki naszpikowaniu mikrofonami ogrodzenia i sąsiedniego budynku, zbudowano radiostacji doskonały system ostrzegawczy przed usiłującymi ją namierzyć Niemcami – nasłuch na całą zewnętrzną okolicę. Czyli znowu: jak w podwodnej łodzi.


Materiały do budowy pozyskiwano z ruin i od znajomych. Precyzyjnie poprowadzono pod ziemię energię elektryczną od kabla ulicznego, zamontowano przewody wentylacyjne, sygnalizację, system alarmowy, ogrzewanie i instalację wodną. Po pół roku radiostacja Komendy Głównej ZWZ została przeniesiona do kryjówki.

Kawałek wolnej Polski pod piwnicą 

Pomieszczenie było wysokie na dwa metry, miało półtora metra szerokości i trzy długości. Wnętrze nie było wcale surowe, a wręcz ładnie urządzone i przytulne. Wytłumione korkiem i chodnikami. Sprzęt do łączności ustawiono w bocznych wnękach. Wydzielono toaletę.

- Lustra przyniesione z mieszkania powiększały wąskie przestrzenie. Miękka kozetka, wygodne stoły stałe i składane, nierażące oświetlenie, świeże powietrze, ciepło, kokosowe chodniki (też przyniesione z mieszkania), biblioteka, mapy na ścianach, emblematy i broń, świeża woda w umywalce, zapasy żywności, cisza, izolacja od otoczenia, a za to kontakt radiowy z całym światem wywierały niezapomniane wrażenie na każdym, kto choć raz odwiedził „Łódź Podwodną” – opisywał sam Stanisław.

– Stryj we wspomnieniach napisał, że był to kawałek wolnej Polski – mówił niedawno w nagraniu dla Muzeum Powstania Warszawskiego bratanek konstruktora radiostacji, jazzman kontrabasista Piotr Rodowicz, pokazując odrestaurowane wnętrza.

Zobacz film: https://www.facebook.com/1944pl/videos/10155810458048930

Załogę radiostacji tworzyło dziesięć osób, pod dowództwem ppor. Stanisława Rodowicza ps. „Stanisław”. Ppor. Władysław Rodowicz „Roman” zajmował się łącznością.

Ich stacja stała się głównym, a przez pewien czas nawet jedynym środkiem łączności między Naczelnym Dowództwem Polskich Sił Zbrojnych a okupowaną Polską. Mieli kontakt z polskimi placówkami w Kairze i Belgradzie oraz z bazą w Budapeszcie. Pod koniec 1940 roku uzyskali bezpośrednią łączność z polską placówką radiową w Stanmore pod Londynem.

– W domu siedziało gestapo, a oni nadawali – opowiadała wolontariuszowi Muzeum Powstania Warszawskiego Wanda Rodowicz, córka Stanisława, o usilnych staraniach Niemców, by wykryć radiostację. Radiotelegrafistom udawało się ich zmylić.

Zobacz film: https://www.facebook.com/1944pl/videos/10155810471733930 

„Łódź Podwodna” była tak świetnie zamaskowana, że Niemcy nigdy jej nie namierzyli. A mocno się starali. Rozrzucone w terenie stacje goniometryczne wskazywały tylko dzielnicę, w której mogła się znajdować. Nad Żoliborzem zaczęły więc krążyć samoloty zwiadowcze, a gdy i te nic nie wykryły, Niemcy ściągnęli z Berlina specjalne samochody pelengacyjne (namierzające) i te krążyły po ulicach. Ale radiotelegrafiści przestawali nadawać, gdy usłyszeli, dzięki zamontowanym na zewnątrz stacji mikrofonom, że coś się dzieje.

Bibuła w piecu

Gestapo rewidowało przechodniów i domy. Przyszli też na Forteczną 6 i nawet pod numer 4. Pierwszy raz, gdy plut. Alfons Golański „Alf” nadawał. Otworzył im pod szóstką kolega Stanisława, tymczasowy lokator. Niemiec wypytywał, kto mieszka w każdym z obu domów i nie wierząc, że czwórka stoi pusta, kazał Polakowi wejść tam przez okno.

Marcin Ludwicki w „Niezatapialni…”: „Odmówił. Jeśli mają tam jakiś interes, niech sami idą. Zirytowani popatrzyli na nieużywany, zakurzony zamek, machnęli ręką i odjechali. Józef, nieświadomy niebezpieczeństwa, cały czas nadawał z wnętrza »Łodzi«. Niemniej należało zatrzeć wszelkie ślady wskazujące na to, że ktoś bywa w zniszczonym domu, w którym mieściła się radiostacja. Do tej pory wchodziło się do niego przez ogród. W lecie to rozwiązanie było jeszcze do przyjęcia, w zimie wchodzący zostawiał ślady. I latem, i zimą ktoś z zewnątrz mógł zauważyć, że przy domu kręcą się ludzie. Stanisław (znów zainspirowany książkami Wallace’a) zbudował tajne przejście między domami nr 4 i nr 6”.

Przejście przypominało nawet te poczytne angielskie kryminały: w jednym z pokoi pod szóstką wchodziło się do szafy na ubrania i wychodziło szafą ścienną w kuchni pod czwórką. Przez tunel w ziemi pod fundamentami można też było przejść do ukrytego schronu. Stanisław przy okazji wyremontował też mieszkanie, „instalując w nim misternie zaprojektowany i skonstruowany system ostrzegania”.

Ale Niemcy nie dawali za wygraną – przeprowadzili w końcu obławę, wczesnym rankiem 3 lutego 1941 roku. Otoczyli cały rejon ulic Fortecznej, Haukego i Kaniowskiej. „Łódź” już nadawała. Gdy dyżurny od sygnalizacji dostrzegł wozy gestapo zajeżdżające przed dom, obudził resztę załogi śpiącej pod czwórką. Szybko zabierając ubrania, wbiegli do szafy, by ukryć się w „Łodzi”.

Marcin Ludwicki: „W domu została tylko Halina, która pełniła obowiązki gospodyni i której obecność miała stwarzać pozory normalnego funkcjonowania domu przy Fortecznej. Stanisław zszedł na dół do pozostałych członków ekipy. Włączył podsłuch, dzięki mikrofonom wiedzieli o wszystkim, co dzieje się w domu. Zapytał »Zarembę«, gdzie są szyfrowane telegramy odebrane przez telegrafistów w nocy. Dowódca zbladł. Zostawił je na stole koło szafy. Sprawdziła się tylekroć powtarzana przez Stanisława przestroga, że wpaść można, zostawiając po sobie w pośpiechu nagłej ucieczki najprostsze ślady. Stało się”.

Mogli się tylko wsłuchiwać w dźwięki dochodzące z domu przez mikrofony i czekać. Niemcy rozpoczęli rewizję. Halina, wybudzona ze snu, przyjęła ich w piżamie i szlafroku. Pytana o lokatorów stwierdziła, że nie wrócili na noc, bo pewnie grali gdzieś w karty. Pod pretekstem sięgania po paczkę papierosów leżącą na stole, zgarnęła bibułki z telegramami i włożyła za dekolt. Wyprosiła pójście do toalety. Udało jej się część bibuł podrzeć i spuścić w sedesie, ale nie mogła tam siedzieć zbyt długo.

„Niezatapialni…”: „Wróciła do pokoju. Posiedziała chwilę trochę skulona, zapytała żołnierza, czy pozwoli jej napalić w piecu, jest bardzo zimno. Zgodził się. Załoga na dole, w »Łodzi«, nasłuchiwała każdego ruchu w mieszkaniu. Halina zaczęła rozpalać piec za pomocą pozostałych karteczek z szyframi. Buchnął delikatny ogień, papierki zniknęły. Wyprostowała się, głośno westchnęła i powiedziała tak, żeby na dole nie mieli wątpliwości: »No, już wszystko dobrze, zapaliło się, dobrze, czysto, wszystko w porządku«. Odetchnęli. Niedługo potem do domu weszło gestapo z silną obstawą. Zaczęli pedantyczną rewizję, niczego jednak nie znaleźli. Do domu pod czwórką w ogóle nie weszli”.

„Uratowało nas pilne przestrzeganie zasad ustalonych przez Stasia” – pisał we wspomnieniach Władysław, zdziwiony, że Niemcom nigdy nie udało się ich odkryć. Jak policzył, w obławie na „Łódź podwodną” wzięło udział w sumie około 2 tys. niemieckich żołnierzy. Z czasem załoga radiostacji postanowiła, że będzie już tylko odbierać telegramy.

Powstańczy schron i dziesięć kroków

Zgromadziwszy dużą ilość wody i żywności, przetrwali w podziemnym pokoju Powstanie Warszawskie. „Łódź Podwodna” musiała zostać rozbudowana i doposażona. Stworzono schron, a aparatura radiowa uzyskała baterie własnej konstrukcji, które zapewniały jej działanie w przypadku odcięcia prądu. Stąd Stanisław pisał raporty do „Biuletynu Informacyjnego” – tygodnika konspiracyjnego, który w sierpniu 1944 r. stał się gazetką codzienną.

Południowa elewacja willi z „Łodzią Podwodną” znów znalazła się na linii ognia od strony Cytadeli. Ściany były poorane pociskami, ale podziemna radiostacja działała aż do upadku powstania. Wtedy to stała się schronieniem dla dziesięciu osób.

Z „Łodzi Podwodnej” nie wychodzili przez sześć tygodni, każdego dnia mogli zrobić najwyżej dziesięć kroków. Mieli też na pozór drobny problem: donośne chrapanie doktora Landsberga, towarzysza Rodowicza. Mogło ich zdradzić, bowiem Niemcy przeczesywali ruiny. Jeden z członków załogi zagroził więc doktorowi, że go udusi – poświęci życie jednej osoby, żeby ocalić całą resztę. Landsberg ze strachu przestał hałasować.

Części załogi udało się wydostać z miasta, a w bezpiecznym wyjściu Stanisława pomagał niejaki Szelestowski, który na koniec został przez wkraczających do stolicy Sowietów uznany na kolaboranta Niemców. Żeby uniknąć śmierci, pokazał im tajną radiostację AK.

„Zajechały ciężarówki sowieckie i wszystko, co było w radiostacji, zostało wywiezione: cały sprzęt techniczny, radiowy, trochę broni, cały zbiór wydawnictw podziemnych, wszystkie rzeczy osobiste: obrazy, lustra, ubrania, fotografie, srebra, porcelana itd. Zerwano ze ścian wszystko” – wspominała potem Krystyna Rodowicz, żona Stanisława. Do włazu „Łodzi” czerwonoarmiści wrzucili granaty.

Zdekonspirowanie go jako oficera AK i dowódcy zniszczonej radiostacji było dla Stanisława wyrokiem. Choć postanowił ujawnić się nowej władzy, został aresztowany. Został oskarżony o… „współpracę z Niemcami i udział w zamordowaniu działaczy komunistycznych”. Karę śmierci żonie udało się zmniejszyć do dożywocia, po amnestii – do 12 lat. 1 grudnia 1956 roku wyrok zawieszono.

I tak miał trochę szczęścia. Jego ojciec we wrześniu 1939 r. trafił do sowieckiej niewoli i został zamordowany przez NKWD w Katyniu. Stryjeczny brat, por. Jan Rodowicz „Anoda” zmarł w tajemniczych okolicznościach po aresztowaniu przez Urząd Bezpieczeństwa w 1949 r. Naczelna Prokuratura Wojskowa twierdziła, że „popełnił samobójstwo wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu”, ale ciało pochowano w tajemnicy, anonimowo na warszawskiej „Łączce”. Powiadomiona przez grabarza rodzina przeniosła je do grobu na Starych Powązkach.

Kiedy po latach pytano Stanisława, co by zrobił, gdyby znów wybuchła wojna, odpowiedział: „Jeśli z Niemcami, to wziąłbym karabin i poszedłbym się bić. Jeśli z Sowietami, to poszedłbym poszukać drzewa, żeby się powiesić”.

Najmłodszy z braci Władysław został aresztowany przez Niemców już w listopadzie 1941 r. i przeszedł przez obozy koncentracyjne na Majdanku i Auschwitz-Birkenau, z którego zbiegł na krótko przed jego wyzwoleniem przez Armię Czerwoną. Brat średni – Kazimierz – dostał się do niemieckiej niewoli i w 1947 r. wyjechał do Wenezueli, gdzie zamieszkał wśród Indian.

Stanisław Rodowicz zmarł na zawał serca w 1969 roku. Piotr Rodowicz odkopał „Łódź Podwodną” w 1995 roku. Zachowały się z niej tylko drobne rzeczy: buteleczki po atramencie, małe elementy porcelanowe z instalacji elektrycznych, urządzenie do alfabetu Morsa, słuchawki radiowe. I resztki kabli mikrofonowych.


W artykule wykorzystano fragmenty książki „Niezatapialni i Łódź Podwodna”, autorstwa Marcina Ludwickiego.


image

Tekst ukazał się w ramach programu "Parasol Historii - Wspomnienie '44", którego organizatorem jest Grupa Maspex. Partnerem projektu jest Muzeum Powstania Warszawskiego.


Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura