Po dzisiejszej konferencji prasowej premiera Donalda Tuska, mamy już pewność, że podatek VAT wzrośnie o 1 procent. Wiemy także, z prognoz ministerstwa finansów, że taka podwyżka VAT-u powinna dać budżetowi dodatkowe ok. 5 mld zł. Premier dodał również, że był namawiany do ostrzejszych podwyżek i to nie tylko VAT-u. Jednakże jak stwierdził, rząd „robi tylko to co niezbędne” i rządzi po to by „nie bolało”, więc obronił społeczeństwo przed drapieżnymi zakusami. Oczywiście premier Tusk nie omieszkał również, tak przy okazji, wskazać winnego tej podwyżki. Winnym jest… rząd Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego ? Gdyż w czasie swoich rządów obniżył PIT i składkę rentową, a koniunktura w Polsce i na świecie „hulała”. Na pytania dziennikarzy o inne formy oszczędności odpowiedział bez wahania, że są niepotrzebne. Przypomniał, że niedawno zamroził wszystkie płace w budżetówce „na zero”. Przywołał, także swoje sztandarowe cięcia z początku 2009 r., których skali (ok. 20 mld zł) powtórzyć po prostu już się nie da. Na konferencji premierowi towarzyszył wicepremier i min. gospodarki Waldemar Pawlak. Nie sprawiał wrażenia entuzjastycznie nastawionego do swojej obecności, ale gdy chwila tego wymagała, wkraczał do akcji wspierając premiera – dziennikarz pytający o reformę KRUS otrzymał lekcję o tym jak to KRUS już został zreformowany, a także dobrą radę by spróbować pracy na roli.
Nie wiem jak tą konferencję oceniają specjaliści od wizerunku, ale w moim przekonaniu wypadła ona beznadziejnie. Nie chodzi tu już nawet o to, że ostatecznie upadł mocno naciągany mit „liberalnej” Platformy Obywatelskiej i „liberała z Gdańska” Donalda Tuska, bo - tu premier ma rację - nie w tym rzecz by wszystkich koszmarnie bolało. Problemem jest to, że absolutnie nie przekonał mnie o celowości podwyższaniu VAT-u i co gorsza potwierdził obawy o faktyczny stan finansów państwa.
Po pierwsze, sam premier nie wie jeszcze czy ta podwyżka obejmie artykuły żywnościowe – gdyż jak sam powiedział, będzie to dopiero konsultował i uzgadniał z min. finansów Jackiem Rostowskim. Przedstawiana w mediach symulacja podwyżki VAT-u wskazuje na skomplikowanie systemu, aniżeli na jego uproszczeniu – zamiast stawek 0, 3, 6, 7 i 22 % pojawić by się miały 0, 3, 6, 7, 8 i 23 %, ale o tym premier nie powiedział ani słowa. Ani słowa nie było o planie konsolidacji finansów szumnie zapowiadanym na początku 2010 r. Urzędowy termin ogłoszenia tych dokumentów zaplanowany na koniec lipca właśnie mija, ale kto w tym rządzie przejmuje się jakimiś terminami. Ani słowem premier nie wspomniał też o debacie na forum parlamentu z opozycją (marszałek Schetyna niby jest otwarty, zobaczymy). Pewnie, po co, w filozofii tego rządu opozycja ma „wyginąć jak dinozaury”, ma być „dorżnięta”, „wypatroszona” i „wystrzelana”.
Po drugie, gdzie się podział minister Rostowski ? Dlaczego na tak ważną konferencję wychodzi dwóch polityków ewidentnie słabo zorientowanych w kwestiach czysto ekonomicznych, rzucający wyuczonymi formułkami – ogólnikami. Gdy premier Tusk obwieszczał informacje o „zielonej wyspie” Rostowski stał z nim ramię w ramię. Rzekomo min. Rostowski ma się „pokazać” w kolejnym tygodniu, zobaczymy.
Po trzecie, po co była ta cała „szopka medialna” z zieloną wyspą szczęśliwości na czerwonym oceanie kryzysu ? Przecież to co mówi Donald Tusk teraz jest całkowicie niespójne z tamtą narracją i na odwrót. Jakoś dziwnie się złożyło, że obydwie „zielone” konferencje odbywały się przed wyborami do parlamentu europejskiego i prezydenckimi, czy chodziło o zwykłe okłamywanie wyborców ?
Po czwarte, premier Tusk stwierdził, że obniżki podatków dokonane przez rząd PIS i J. Kaczyńskiego (w kampanii prezydenckiej jakoś chętnie mówiono o obniżce podatków „za rządów PO”) spowodowały „ubytek” rzędu 40 mld zł, dodał również, że nic nie zrobiono by zreformować finanse, wobec czego tamta decyzja była zła i rząd ma dziś problem. Panie premierze mogliście wobec tego cofnąć tą obniżkę. Poza tym panie premierze, proszę sobie przypomnieć, to że PO poparło tamte obniżki, jak i to, że rząd PIS istniał w latach 2005-2007. Jak na tamten czas zrobił sporo (choć zawsze można więcej, lepiej i tego należy wymagać), obniżka PIT została uchwalona pod koniec 2006 i poza składką rentową (2007) miała wejść w życie w 2009. Do tego czasu Zyta Gilowska zakładała realizację swojego projektu reformy finansów. Jednakże w 2007 za min.: pana premiera udziałem, po rozpadzie koalicji rządowej nastąpiły wcześniejsze wybory, skutkujące wygraną PO i utworzeniem rządu PO-PSL. Od listopada 2007 r. rządzi PO i nie zrobiło w kwestii finansów dosłownie nic (nie liczę tutaj kwestii uporządkowania emerytur pomostowych). Postanowił Pan Panie premierze wygodnie usiąść na tej „poduszce” przyszykowanej przez PIS, przejechać na niej w czasie kryzysu światowego (stąd był brak recesji) i liczyć chyba na ten swój populistyczny cud (wygrywając w tym czasie tyle wyborów ile się da). Tak robić nie wolno. PO chciało przy okazji zniszczyć ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zrzucając na niego brak reform i niemożność robienia czegokolwiek, by odzyskać urząd dla siebie i przejąć pełnię władzy. To się (z wielu różnych przyczyn) udało. Teraz gdy okazuje się, że jednak budżet przestaje się domykać, premier Tusk postanowił sięgnąć do kieszeni polskich podatników. Powtarzam, takich rzeczy się nie robi. Nie wykluczam, że być może faktycznie bez podwyżek obciążeń fiskalnych się nie obejdzie. Ale najpierw potrzebna jest rzetelna i kompleksowa debata nad stanem finansów państwa, bo rząd ten doprowadził do sytuacji, że ja osobiście (i pewnie dość spora część społeczeństwa) po prostu nie wierzę i nie ufam. Nie ufam i nie wierzę takiemu rządowi i takiemu premierowi. Wracając jeszcze do tego ubytku rzędu 40 mld, pytam się, to jak niby te 5 mld (plus pewnie oszczędności z zamrożenia budżetówki) mają pokryć 40 mld ? Zwłaszcza gdy w tle tych wydarzeń głos daje nowy nieformalny doradca prezydenta - elekta Komorowskiego Janusz Palikot, stwierdzający kategorycznie, iż obietnice Komorowskiego z wyborów muszą zostać spełnione, a więc nauczyciele muszą dostać 30 % podwyżki, studenci muszą dostać 50 % ulgę na dojazdy, a budżet musi sfinansować bezpłatne in vitro. Tu nasuwa się kolejne pytanie w kampanii Komorowski zapewnił, że podwyżka podatków potrzebna nie jest. Będzie veto ? Czy może jednak faktycznie ta podwyżka potrzeba w tej chwili nie jest, ale extra pieniążki od Polaków potrzebne będą na sfinansowanie obietnic prezydenta – elekta, przyszłej kampanii samorządowej i parlamentarnej PO (jak to gdzieś trafnie usłyszałem o kupowaniu za nasze własne pieniądze po-wskiej kiełbasy wyborczej), a także portretów prezydenckich w każdej ambasadzie ? Powtarzam po raz trzeci na takie traktowanie budżetu państwa i mnie jako podatnika, obywatela tego kraju po prostu nie zgadzam się. Nie zgadzam się również na to by premier bezustannie podkreślał ten swój „sukces” w postaci 20 mld cięć w 2009. Ciecia jakieś pewnie były, w końcu stan naszej armii, samolotów 36 pułku, o czymś świadczy, podobnie jak zabezpieczenia przed powodzią. Ale niestety pojawiają się także informacje, iż tamte cięcia polegały na zasadzie: mamy na dany cel zapisany 1 mld ? To zapisujemy 2 mld, wypuszczamy to do mediów z informacją o dziurze budżetowej i we fleszu kamer i aparatów premier Tusk każe obciąć ten „nadmiarowy” 1 mld . To byłoby najzwyklejsze oszustwo. Nie podoba mi się także to, że premier udaje św. Mikołaja (co na to prof. Leszek Balcerowicz ?), który sprawia, że mamy cieszyć, że podwyżka jest tylko o 1 procent, bo zawsze może być więcej. Ludzie premiera z kolei najpierw wypuszczają jakieś balony (Michał Boni), a potem urządzają spektakl, że „my nigdy w życiu !” (Grzegorz Schetyna), zamiast od razu mówić wprost co i jak.
Po piąte, coś jest w tym, że w naszej szerokości geograficznej „liberałowie” kompromitują idee liberalne (abstrahując od tego czy to dobrze czy źle), jak to mawiał Janusz Korwin-Mikke, są zwykłymi „aferałami” (za rządów Jana Krzysztofa Bieleckiego prywatyzacje, obecnie: afery marszałkowe, stoczniowe, hazardowe, remontowe) i wprowadzają lub podwyższają podatki. Milton Friedman czy Friedrich von Hayek pewnie w grobie się przewracają, że ich idee wiązane były kiedykolwiek z tymi ludźmi. Dla przypomnienia VAT został wprowadzony w 1993 r. przez rząd Hanny Suchockiej. Zaplecze parlamentarne tego rządu stanowili wówczas protoplaści PO z Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Gdy słyszę, ze podwyżka VAT-u ma być czasowa, to przypominam – po wprowadzeniu VAT-u (stawka też najpierw miała być 18 %) PIT tez miał działać tylko czasowo, podobnie jak podatek Belki. Dla dopełnienia paradoksu napiszę, to co każdy już pewnie wie, że podatki w tym kraju obniżali „socjaliści” (CIT - SLD) i „solidaryści” (PIT, składka rentowa - PIS).
Wszystkie przytoczone powyżej fakty potęgują we mnie kompletny brak zaufania do tej „władzy”, a za tym i brak prawa do sięgania do mojego portfela. Nie mam zamiaru być św. Mikołajem dla rządu, który nie potrafi rządzić. Ciągle mam jeszcze kurczącą się nadzieję, że jaki Donald Tusk jest, taki jest, ale nie udaje Greka, ani nie jest polskim Ferenc’em Gyurcsany’m. Ciągle przypomina mi się jednak również ta bajka o zielonej wyspie. Jakoś dziś jak są pokazywane skróty z tamtych pamiętnych konferencji, nie jest pokazywana cała mapa Europy. A szkoda. Bo Grecja tam też była zielona (a wmawiali nam, że Polska jako jedyna !!!). W Grecji też podwyższyli VAT do 23 %. Oby to były jedyne podobieństwa. Ale dla mnie ten rząd jest już skończony. I życzę mu by prędzej czy później z Donaldem Tuskiem na czele, trafił do ław opozycji, a jego pracę prześwietliły odpowiednie organy kontrolne, nie tylko w sprawach finansów.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)