Wszyscy pamiętamy sytuację tuż po poprzednich wyborach prezydenckich z 2005 r. gdy pewna część tzw.: „elit” tudzież „salonu” III RP uznała apriori wybór śp. Lecha Kaczyńskiego za „nieprawowity”, rozpoczynając pewnego rodzaju „rokosz” (modne słowo ostatnimi czasy). Wyborców standardowo zakwalifikowano jako „niewykształconych”, „ze wsi” lub nieznających się na „zachodnich standardach” (to tylko mały zbiór z szerokiej gamy epitetów medialnych). Jednocześnie od pierwszego dnia po wyborach po dzień katastrofy smoleńskiej (jednocześnie ostatni dzień życia prezydenta) trwał nieustanny „atak” polegający na wyszydzaniu, ośmieszaniu, wychwytywaniu wszelkich nawet najdrobniejszych lapsusów po kreowanie fałszywego wizerunku i nieprawdziwych poglądów. Prym wiódł w tym polityczny obóz PO z rządem Donalda Tuska na czele przy akompaniamencie szerokiego spektrum tzw.: świata mediów i tzw.: świata „kultury”. Ktoś powie, że była to silna i rozległa „kontrola społeczna”. W porządku bądźmy zatem konsekwentni (tego zdecydowanie brakuje w naszym życiu publicznym) i w ramach tej samej kontroli społecznej przyjrzyjmy się dotychczasowej, krótkiej jeszcze działalności nowo wybranego prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Cały festiwal niekończących się gaf i wpadek prezydent Komorowski zaliczył już w trakcie kampanii wyborczej 2010. Nie będę przytaczał tych wszystkich „osiągnięć” (można sobie poczytać np.: tu). Należy pamiętać, że wówczas był już od 10 kwietnia p.o. prezydenta. Ciężar gatunkowy tych lapsusów był bardzo duży, o wiele większy niż jego poprzednika, nie przeszkadzało to jednak zbytnio wyborcom Komorowskiego, którzy uczynili go pełnoprawnym prezydentem RP. Kolejnym faktem, który nie świadczył dobrze o przyszłej głowie państwa było podpisanie znowelizowanej ustawy o IPN. Nie chodzi tu już nawet o to, że Komorowski nie uszanował woli poprzednika - Lech Kaczyński chciał tą nowelizację skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi o sposób w jaki Komorowski argumentował brak tego skierowania, sugerując że Lech Kaczyński cyt. „jakby chciał, to by to zrobił”. Dla przypomnienia - Lech Kaczyński dostał nowelizację z parlamentu 9 kwietnia. Sam kształt nowelizacji, która zezwoliła min.: na wgląd byłym funkcjonariuszom SB i tajnym współpracownikom do akt i na utajnienie tych akt, jeśli ich dotyczą nawet na 50 lat, to już zupełnie inna historia.
Jako prezydent – elekt „zasłynął” głównie wszczęciem konfliktu wokół „sprawy Krzyża”, ustawionego przez harcerzy pod Pałacem Prezydenckim tuż po katastrofie smoleńskiej. Więcej o tym napisałem w swojej poprzedniej notce „Owoce budowniczych zgody". Nic dobrego poza eskalacją agresji to nie przyniosło. Co więcej dało asumpt do zaistnienia w szerszej przestrzeni publicznej jakichś skrajnych satanistycznych grupek (ochoczo skandujących co jakiś czas „Bronek, Bronek”), które swoją nienawiść i prymitywizm wyładowywały (i dalej wyładowują) na krzyżu na Krakowskim Przedmieściu (kulminacja póki co była w nocy z 9 na 10 sierpnia). W mediach przetoczyła się fala krytyki dot. tzw.: „obrońców krzyża”, ale grupy jakie się ujawniły wśród „przeciwników krzyża” dobitnie pokazały, że są o wiele bardziej niebezpieczne dla porządku publicznego, zwłaszcza jeśli działania najwyższych urzędników (w tym i prezydenta) sugerują pewnego rodzaju dla nich wsparcie. Sprawa krzyża źle wróży w ogóle na przyszłość. Jeśli potraktować ją jako probierz przyszłych zachowań człowieka, który ma być stroną godzącą zwaśnione strony w naszym kraju, to rysuje się bardzo nieciekawy obraz prezydenta wzniecającego pożar, dolewającego benzyny, a następnie chowającego głowę w piasek. Oczywiście nie można również wykluczać tezy zakładającej ścisłe współdziałanie prezydenta z premierem (w ramach budowania zgody ?) w tej kwestii, by kreując i eskalując konflikt „przykryć medialnie” niewygodne posunięcia rządu Donalda Tuska w sprawach gospodarczych i podatkowych. Tak czy owak nie dla takiej roli Bronisław Komorowski został wybrany na urząd prezydenta Polski.
Kontekst sprawy krzyża jest oczywiście szerszy, gdyż dotyczy również godnego upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej z prezydentem Kaczyńskim na czele. Po istnej „drodze krzyżowej” kancelaria prezydenta wmurowała w elewację jednego ze skrzydeł Pałacu prezydenckiego płytę mającą upamiętniać miejsce (?) gdzie po 10 kwietnia gromadziły setki tysięcy w celu upamiętnienia ofiar katastrofy. Pomijam kwestię napisu na tablicy, który wzbudził olbrzymi niesmak i kontrowersje, ale sposób w jaki dokonano odsłonięcia, nie licuje w żaden sposób z powagą urzędu prezydenta, który inicjatywę podjął i miał zrealizować. Najpierw festiwal dziwnych zapowiedzi o odległych terminach, przeszkodach formalnych, by w końcu nagle w ukryciu tablicę zamontować i odsłonić bez powiadomienia rodzin ofiar katastrofy. Sprawa krzyża w dalszym ciągu nie jest rozstrzygnięta i przy takiej postawie prezydenta nie zanosi się na to by szybko, godnie i z poszanowaniem wszystkich zainteresowanych stron dobiegła końca. Z obozu PO bardzo często pojawiają się także podszepty by rozwiązać sprawę siłowo (min.: premier Tusk). Sam Bronisław Komorowski stanowczo się jednak od tego na szczęście odciął (stwierdził, że „nikt przy zdrowych zmysłach nie może tego zakładać”), bo pewnie ma w pamięci, że w przeszłości jako opozycjonista w PRL został skazany za składanie wieńca po Grobem Nieznanego Żołnierza.
Dzień uroczystego zaprzysiężenia na urząd również nie będzie dniem, który Bronisław Komorowski będzie dobrze wspominał. Słowa przysięgi „dobro ojczyzny” zostały pomylone i zastąpione frazą „dobrość ojczyzny”. Oryginalne, jednak od tak doświadczonego polityka należałoby wymagać trochę więcej uwagi zwłaszcza, że zdarzyło się to po raz pierwszy w historii III RP, rodząc od razu wątpliwości natury konstytucyjnej. Media napomknęły o tym, lecz zestawiły to z błędem prezydenta USA Baracka Obamy, nie zważając, że tamten powtórzył jedynie błąd prowadzącego uroczystość sędziego Sadu Federalnego.
Kolejna kwestia, która deprecjonuje rangę Bronisława Komorowskiego jako prezydenta to osoba jego „nieformalnego doradcy” - Janusza Palikota. Komorowski powinien jak najszybciej i jak najmocniej odciąć się od tego człowieka. Niestety zamiast tego słyszymy jak to Palikot kategorycznie stwierdza, że muszą się znaleźć pieniądze na obietnice z kampanii (in vitro itd.), nie zważając na działania premiera podwyższającego podatki w imię ratowania finansów . Słyszymy również nagany udzielane formalnemu szefowi Kancelarii Jackowi Michałowskiemu, jak i kolejne obelżywe i kryminalne wręcz wypowiedzi (dokładnie wpisy na blogu „mające nadzieje na szybką rozmowę Jarosława Kaczyńskiego z siłami ostateczności”, wcześniej była mowa o „zastrzeleniu i wypatroszeniu”) pod adresem lidera opozycji.
Ostatnią kwestią, którą chce poruszyć jest niezwykle bulwersująca, zwłaszcza w kontekście obchodzonej rocznicy 90-lecia „Bitwy warszawskiej”, informacja o odsłonięciu pomnika upamiętniającego szczątki żołnierzy bolszewickich znalezione na polach pod Ossowem. Odsłonięcie miało nastąpić oficjalnie 15 sierpnia. Z powodu protestów okolicznych mieszkańców zostało odwołane. W mediach pojawiły się przez nikogo nie zdementowane informacje, ze w „uroczystości” poza ambasadorem Rosji weźmie udział także prezydent Komorowski. Próbowano również po raz kolejny dezinformować opinię publiczną, że to nie będzie pomnik tylko mogiła z krzyżem prawosławnym i żołnierskimi bagnetami. Pismo zaprzeczające tej tezie dostępne jest tu. Sam pomysł z krzyżem prawosławnym też wydaje się mocno chybiony, bo ideały rewolucji bolszewickiej, które miała nieść światu Armia Czerwona zakładały zniszczenie jakichkolwiek religii i symboli. Co będzie dalej z tym pomnikiem nie wiadomo. Wiadomo tyle, że dla pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej zgody nie ma, a pomnik dla żołnierzy zbrodniczej armii stawia się w ekspresowym tempie. Co więcej całego przedsięwzięcia doglądał sam prezydent Komorowski już od dwóch lat („Wieści Podwarszawskie” z 2008 r. ), jeszcze jako marszałek Sejmu, z wykształcenia podobnie jak premier historyk. O tym, że są poważne wątpliwości co do pochodzenia szczątków nikt już nie wspomina. Wątpliwości natury takiej, jak choćby ta, że oddział Władysława Sikorskiego rozstrzeliwał na polach Ossowskich tych bolszewików, którzy dopuścili się mordowania ludności cywilnej po chwilowym zajęciu Nasielska.
Jak widać na podstawie przytoczonych wcześniej faktów, na tak krótki okres funkcjonowania Bronisława Komorowskiego jako prezydenta RP uzbierało się tego sporo. Nie w tym rzecz, że życzę czy wróżę nowemu prezydentowi źle, ale skala kompromitacji i różnego rodzaju wpadek, optymizmu nie wzbudza, czasy są niełatwe, a chęć do wyciągania wniosków niewielka. Dlatego Ci akolici Komorowskiego (wraz z nim samym), którzy tak ochoczo krytykowali i sądzili poprzedniego prezydenta, powinni wziąć głębszy oddech i pamiętać, że obecny prezydent będzie również na bieżąco oceniany.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)