Wszyscy doskonale znamy takie „osobowości” (osobliwości) partii PO jak Renata Zaremba i Janusz Palikot. Obydwoje istnieją w polityce nie dzięki swojej pracowitości czy działaniu na rzecz dobra Polski lub mieszkańców ich okręgu wyborczego lecz dzięki obscenicznym wybrykom i braku poszanowania jakichkolwiek reguł. Oczywiście Renata Zaremba jest w tym o wiele „słabsza” póki co od swojego klubowego kolegi. Łączy ich także jeszcze jedna ważna kwestia. Kwestia finansowania kampanii wyborczych do parlamentu w roku 2007 (Zaremba) i w 2005 (Palikot).
Sprawa Palikota odbiła się szerokim echem, była nawet przedmiotem kilku postępowań prokuratorskich. Dotyczyła sposobu finansowania, gdzie podejrzewano, iż na kampanię Palikota pieniądze wpłacał on sam (spore kwoty rzędu kilkunastu tysięcy złoty) poprzez podstawione osoby tzw.: „słupy” (słynni studenci, emeryci i bezrobotni), omijając tym samym przepisy. Palikot miał poprzez "słupy" przekazać na kampanię ok. 84 tys. zł, podczas gdy limit wynosił nieco ponad 21 tys. Z formalnego punktu widzenia wszystko odbyło się zgodnie prawem (śledztwa umorzono, nie znaleziono dowodów), jednakże taki sposób finansowania budził i pewnie będzie budzić duże wątpliwości.
O kampanii Zaremby było o wiele ciszej, nie była ona nawet przedmiotem żadnego śledztwa. Głośniej zrobiło się o niej dopiero po wywiadzie udzielonym przez Zarembę Robertowi Mazurkowi w cotygodniowym dodatku „Rz” - „Plus Minus”. Otóż dowiedzieliśmy się stamtąd, że pani poseł reklamowała się w trakcie kampanii na szczecińskich plakatach prywatnej firmy „Idea Inwest”. A tuż po wyborach (zwycięskich dla Zaremby i PO) ta sama firma wynajęła tamtejszemu urzędowi marszałkowskiemu biura po cenie dwa razy wyższej niż rynkowa. Zaremba tłumaczyła się, że była członkiem zarządu tej firmy, a reszta sprawy nie ma z nią żadnego związku. Być może nie ma. Z dokumentów pewnie także wynika, że wszystko jest w porządku, ale po raz kolejny mamy do czynienia z praktyką budzącą co najmniej wątpliwości.
Swoim bardziej znanym i lepiej sytuowanym kompanom partyjnym pozazdrościł najwyraźniej Krzysztof Madej, lider klubu PO w radzie dzielnicy Warszawa-Ursynów. Do Sejmu w 2007 się nie dostał, ale dobrym partyjnym zwyczajem również spróbował „oryginalnie” sfinansować swoją kampanię. Mógł wydać jedynie 2,4 tys. zł., jednak dwóch kolegów z mokotowskiej PO: Paweł Dulski („moralność” pana Dulskiego ?) i Paweł Sykulski postanowili udzielić mu wsparcia poprzez enigmatyczną spółkę Polsko-Szwedzki Dom Przemysłowo-Handlowy "Industria", która zapłaciła za jego ulotki wyborcze. Jak stwierdza Państwowa Komisja Wyborcza: „Opłacanie reklam wyborczych z pieniędzy innych niż z komitetu partyjnego to przestępstwo”. Sprawa wyszła na jaw. PKW podjęła działania. Może chociaż w tym przypadku pojawi się szansa na to, że tego rodzaju proceder zostanie surowo ukarany. Działania w tej sprawie zapowiedziała nawet sama minister ds. korupcji w rządzie Donalda Tuska Julia Pitera. O dziwo, o całym zdarzeniu napisała „Gazeta Stołeczna”. Tu duży plus dla redakcji, jak widać można, choć jedna jaskółka wiosny jeszcze nie czyni. W artykule opisującym niecne działania tandemu Dulski – Sykulski jest również wiele innych ciekawych, kryminalnych wątków (min.: próby wywłaszczeń ludzi z ich własnych lokali w różnych dzielnicach miasta). Przewija się tam także kolejny poseł PO, znany kiedyś satyryk Tadeusz Ross.
Dlaczego mająca niepodzielną władzę w Warszawie i w całej Polsce Platforma Obywatelska przyciąga do siebie takich właśnie „obywateli” ?
Dlaczego to właśnie w tej partii różnego rodzaju niejasne działania finansowe, prawne, aż po nawet głośne afery mają aż taki stopień zintensyfikowania ?
Czy właśnie takich ludzi u władzy chcemy ?
Czy mamy świadomość na kogo głosujemy ?
A jeśli mamy to czy głosujemy na swoje własne „odbicia” ?
Warto sobie na te pytania odpowiedzieć zwłaszcza u progu zbliżających się wyborów samorządowych.
Tekst w Gazecie Stołecznej: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34883,8184547,Przestepstwo_wyborcze_z_satyrykiem_w_tle.html



Komentarze
Pokaż komentarze (4)